Mar
22
2021
Skomentuj

PODSUMOWANIE WEEKENDU - Barcelona świętuje, Lewandowski goni, Pekhart bije rekordy!

Po piątkowych wyczynach i wręcz katastrofalnej dyspozycji, którejkolwiek z drużyn nic nie wskazywało na to, że uda się ten weekend rozkręcić. Tymczasem postrzelał Robert Lewandowski. Jego wyczyn przebił Tomas Pekhart, a kropkę nad "i" postawiła sobie FC Barcelona. Zagrała, jak za najlepszych lat. Rozbiła rywala, choć nie tylko ona miała powody do dumy. 


Mecze Serie A, LaLiga oraz innych najlepszych lig pełnoletni widzowie mogą oglądać i obstawiać na stronie sponsora portalu, Betclic.pl. SPRAWDŹ TUTAJ!

MATERIAŁY PROMOCYJNE PARTNERA | W grach hazardowych mogą uczestniczyć wyłącznie osoby, które ukończyły 18 lat. Udział w nielegalnych grach hazardowych jest przestępstwem. | Hazard może uzależniać. BEM to legalny bukmacher. Gra u nielegalnych grozi konsekwencjami prawnymi. 


Piątek, weekendu początek? Dobrze, że się rozkręcił!

Trzy dni chwały dla każdego fanatyka futbolu nie mogły rozpocząć się lepiej. Wybór był ogromny, a i Polaków w rolach głównych nie brakowało. Gorzej przedstawiał się co prawda temat jakości. Żadne ze spotkań nie powaliło na kolana. Wszystkie były bure i ponure, więc najzwyczajniej w świecie rozpocznijmy od Polaków.

Kolejne bardzo cenne minuty na najwyższym poziomie rozgrywkowym w Anglii zanotował Mateusz Klich. Reprezentant Polski pojawił się na boisku po przerwie, lecz chwała mu za to, iż w ogóle na nie wszedł. Z racji tego, że zgrupowanie z udziałem Biało-Czerwonych zbliża się wielkimi krokami, każda wizyta na murawie jest na wagę złota. Tym bardziej w obliczu kolejnego zwycięstwa swojego zespołu, które w piątkowy wieczór rzeczywiście stało się faktem. Piłkarze Leeds United pokonali na wyjeździe Fulham (2:1). 

Nie tylko w Anglii, Włoszech, Rosji czy Niemczech, bo również i w Turcji mamy przyjemność podziwiać szerokie grono Polaków, którzy niemal co tydzień zaznaczają swą obecność pozytywnym impulsem nad Bosforem. W piątek uczynili to Artur Sobiech oraz Konrad Michalak. Były napastnik reprezentacji Polski zdobył bramkę w wygranym (3:0) spotkaniu z Kayserisporem. Jeszcze większe powody do zadowolenia może mieć wychowanek Legii Warszawa. Bo, choć mówią, iż jego główną zaletą jest szybkość, od czasu do czasu dają o sobie znać również inne aspekty. Jak chociażby dokładne dogranie na wagę trzech punktów. I to nie z byle kim. Rywalem Rizesporu było Galarasaray, a mecz zakończył się wynikiem (3:4).

W Polsce wciąż na próżno szukać zmian. Trudno mówić o powiewie świeżości i pojedynkach, które faktycznie mogą utkwić w pamięci na długo. Do takowych z pewnością nie zaliczymy spotkań w Gliwicach oraz Szczecinie. Wystarczy to podsumować stwierdzeniem, iż faworyci faktycznie zrobili swoje. Zarówno Piast, jak i Pogoń rozpoczęły weekend od kompletu punktów. Nas natomiast, oprócz czystego wyniku, zaintrygowały losy kadrowiczów oraz tych, którzy do reprezentacji faktycznie trafić mogą. Mowa tu o Jakubie Świerczoku, Sebastianie Kowalczyku i Kacprze Kozłowskim. Każdy zachwycił, każdy pokazał się z dobrej strony i sprawił, że Paulo Sousa faktycznie miał powody do dumy. W końcu wybrał nieźle.

Na koniec podróży po piątku przeniesiemy się do Bundesligi. Po siedemnaste zwycięstwo w tym sezonie sięgnęli bowiem zawodnicy RB Lipska. Drużyna prowadzona przez Juliana Nagelsmanna pokonała na wyjeździe Arminię Bielefeld. Choć skromnie, to ostatecznie zasłużenie. Bramkę na wagę trzech punktów zdobył po przerwie Marcel Sabitzer i po raz kolejny w tym sezonie przybliżył "Byki" do tytułu wicemistrza Niemiec. Przewaga nad trzecim Wolfsburgiem wynosi już sześć "oczek". 

Co przyniosła sobota?

Z racji tego, iż piątek kończyliśmy w Niemczech, tu też rozpoczniemy dzień kolejny. Mianowicie sobotę, która już nie po raz pierwszy stanęła pod znakiem wyczynów Roberta Lewandowskiego. Reprezentant Polski ponownie zbliżył się do rekordu Gerda Müllera. Zrobił to jednak w takim stylu, że dogonienie fenomenalnego Niemca wydaje się jedynie formalnością. W spotkaniu ze Stuttgartem wpisał się na listę strzelców trzykrotnie. Uczynił to jeszcze przed przerwą, czym zapewnił arcyważny triumf monachijczykom. Warto dodać, że mistrzowie Niemiec przez niemal całe spotkanie grali w osłabieniu. Jeszcze przed upływem pierwszego kwadransa z boiska wyleciał Alphonso Davies.

Nie samym Bayernem ekscytowała się Bundesliga. To również kolejne zwycięstwa trójki faworytów. Po bardzo dobrych występach kompletem punktów zadowolili się zawodnicy Eintrachtu Frankfurt, Wolfsburgu oraz Borussii Mönchengladbach. Nieco mniej powodów do dumy mają natomiast w Dortmundzie. Borussia jedynie zremisowała z FC Koeln i ponownie oddaliła się od strefy medalowej.

Jeśli ktoś miał w planach zwolnienie Zinedine'a Zidane'a, to decyzja podjęta jesienią mogłaby się okazać zbyt pochopną. Jak sugerują ostatnie tygodnie, w stolicy Hiszpanii wszystko zaczyna wracać na właściwe tory. Królewscy znów punktują bardzo regularnie. W dodatku awansowali do 1/4 finału Ligi Mistrzów, a znakomitą dyspozycję z dwumeczu przeciwko Atalancie Bergamo przełożyli również na rozgrywki LaLiga. W sobotę nie pozostawili złudzeń piłkarzom Celty Vigo. Po dwóch bramkach Karima Benzemy oraz jednym Marco Asensio zwyciężyli (3:1), choć nie był to ostatni pojedynek, który faktycznie zaintrygował. Postawionemu zadaniu nie sprostali bowiem zawodnicy Sevilli. W takim wymiarze należy właśnie traktować remis z Realem Valladolid. Kto wie, co by się stało, gdyby pod bramką rywala nie zameldował się bramkarza faworyta, Yassine Bounou. To właśnie on trafił do siatki na wagę remisu.

Nic powiązanego z kandydatami do tytułu nie wydarzyło się we Włoszech. Spotkanie Interu Mediolan z Sassuolo musiało zostać przeniesione z powodu licznych zakażeń SARS-CoV-2. Ale to nic. Fanatyków włoskiego futbolu zaspokoił Siniša Mihajlović oraz jego Bolonia, która zwyciężyła (3:2) z Crotone.

Wielkiego momentu w Wielkiej Brytanii w końcu dostąpił Jakub Moder. Wychowanek Lecha Poznań wystąpił od pierwszej minuty w spotkaniu z Newcastle United. Zrobił to na tyle dobrze, że pochwał posyłanych w kierunku Polaka nie szczędzili nawet kibice niezwiązani polskim paszportem.

A jeśli wspomnieliśmy już o Polsce, to warto zakończyć ten dzień wizytą na boiskach Ekstraklasy. I z miejsca pominąć spotkania we Wrocławiu oraz Bełchatowie. Tam wydarzyło się niewiele. Dużo ciekawiej było bowiem w Poznaniu. Miejscowy Lech mierzył się z rozbitą pod wieloma względami Jagiellonią Białystok. Duma Podlasia nie dość, że przyjechała bez trenera – kilka dni wcześniej z posadą pożegnał się Bogdan Zając – miała za sobą nieciekawą serię meczów bez zwycięstwa. Nic więc dziwnego, że przełamała się w spotkaniu z "Kolejorzem", grając w osłabieniu.

A co działo się w niedzielę?

Niedzielne granie zaczęliśmy w miejscu stosunkowo rzadko odwiedzanym przez nas, a mianowicie w Szkocji. Rzuciliśmy tam okiem, pomimo znanych rozstrzygnięć w walce o mistrzostwo kraju. Zdarzyło się jednak tak, że Rangersi – nowi mistrzowie Szkocji – mierzyli się dzisiaj z Celtikiem czyli byliśmy świadkami Old Firm Derby. Dziać się zaczęło jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego, bo piłkarze Celtiku – zgodnie z zapowiedziami – nie zrobili szpaleru nowo koronowanym mistrzom. Celtowie wzięli sobie za punkt honoru zepsucie świętowania Rangersom powrotu na tron mistrzowski i częściowo im się to udało, bo mecz zakończył się remisem. 

Jeżeli chodzi o nasze rodzime podwórko, to zaczęliśmy meczem dwóch beniaminków i ten mecz idealnie zobrazował to, która drużyna lepiej odnajduje się w realiach ekstraklasowych. Nie ma więc przypadku w tym, że to Warta pokonała Podbeskidzie Bielsko-Biała i ostatecznie poznaniacy sięgnęli po komplet punktów. Tym samym poznaniacy wciąż potwierdzają, że w tym roku kalendarzowym grają bardzo dobrze na tle całej ligi. Za to dzisiejsza porażka sprawia, że ekipa spod Klimczoka ma coraz mgliste perspektywy dotyczące utrzymania. 

Podbeskidzie przede wszystkim musiało trzymać kciuki za to, że ich sąsiad w tabeli – Stal Mielec – straci jakiekolwiek punkty w starciu z Wisłą Kraków. To się spełniło, bo „Biała Gwiazda” nie dała żadnych szans mielczanom i tym samym coraz realniejszy jest scenariusz, że krakowianie zapewnią sobie utrzymanie i nastąpi to bardzo szybko. Kibice Wisły powinni być wdzięczni przede wszystkim Peterowi Hyballi, bo to on wyciągnął tą drużynę z otchłani i dzięki temu w Krakowie na jakiś czas mogą zapomnieć o bolączkach.

Legia Warszawa mistrzem Polski w sezonie 2020/2021. Wiemy, że do końca sezonu jeszcze wiele meczów, ale nie boimy się użyć tych słów, bo legioniści nie dają innym złudzeń, że ktokolwiek może w ogóle jeszcze powalczyć o mistrzostwo. Tym razem przekonało się o tym Zagłębie Lubin, które wyróżniało się jedynie ładnymi koszulkami jubileuszowymi. Prawda była jednak taka, że lubinianie byli tłem dla Tomasa Pekharta, bo Czech w polu karnym „Miedziowych” robił co chciał i w efekcie zakończył mecz z CZTEREMA golami strzelonymi. 

We Włoszech zaczęło się od meczu Atalanty, która powetowała sobie fakt, że w środku tygodnia odpadła z Ligi Mistrzów. Ekipa z Bergamo nie dała żadnych szans Hellasowi Werona. W zespole z Werony cały mecz rozegrał Paweł Dawidowicz, ale nie był w stanie zatrzymać najskuteczniejszej drużyny w całej lidze. Tym razem Atalanta zagrała w miarę ekonomicznie, bo jej piłkarze strzelili „tylko” dwa gole. 

Niedzielne popołudnie było niezwykle trudne dla obu drużyn z Turynu. Do porażek Torino zdążyliśmy się przyzwyczaić, bo drużyna Karola Linetty’ego rozgrywa katastrofalny sezon i nie ma przypadku w tym, że jest zamieszana w walkę o utrzymanie. Tym razem Polak przesiedział całe spotkanie na ławce rezerwowych i mógł przyglądać się temu, jak jego dawny kolega z Lecha Poznań, Bartosz Bereszyński, schodzi z boiska zwycięsko. 

W tym samym czasie „Stara Dama” ponownie pokazała swoją brzydszą twarz, bo drużynie walczącej o najwyższe cele nie wypada przegrywać z drużyną pokroju Benevento. Stało się jednak inaczej i klub Kamila Glika ma na rozkładzie kolejny, wielki klub. Za to Juventus chyba powoli musi przyzwyczajać do perspektywy, że w końcu ktoś ich zdetronizuje z tronu mistrzowskiego. Do końca sezonu pozostało jeszcze 10 kolejek, ale raczej trudno spodziewać się tego, że „Bianconeri” odrobią dziesięciopunktową stratę do lidera. 

Dobre nastroje podczas przerwy na mecze reprezentacyjne będą mieli piłkarze Milanu. „Rossoneri” pokonali Fiorentinę 3:2, a pierwszoplanową rolę odegrał Simon Kjaer. Trochę trudne jest to do wyobrażenia, ale duński stoper zaliczył aż dwie asysty i trzeba przyznać, że to akurat rzadki wyczyn wśród defensorów. Z tego meczu zapamiętamy również problemy zdrowotne Bartłomieja Drągowskiego. Polski bramkarz z powodu urazu opuścił boisko jeszcze przed przerwą i w najbliższych dniach będziemy czekali na diagnozę lekarzy. 

Za to w Rzymie toczyła się bezpośrednia walka pomiędzy dwiema drużynami o to, aby jeszcze dołączyć do grona zespołów rywalizujących o miejsce w czołowej czwórce. Po tym weekendzie bliżej miejsca gwarantującego udział w Lidze Mistrzów jest drużyna Napoli, która pokonała AS Romę 2:0. Piłkarzem meczu był Dries Mertens, bo Belg ustrzelił dublet w siedem minut. To był ważny mecz dla samego Mertensa i jego indywidualnych popisów, bo za sprawą tych goli dobił do granicy stu bramek w Serie A. 

W Anglii mieliśmy nietypową sytuację, bo nasza koncentracja była skupiona wokół dwóch rozgrywek – rozgrywano mecze ligowe oraz Pucharu Anglii. Zaczęło się od meczu na Stamford Bridge, gdzie zmierzyły się Chelsea z Sheffield United. Faworyt tego spotkania był jeden i podopieczni Thomasa Tuchela nie zawiedli, chociaż o wynik musieli drżeć do samego końca. Dopiero gol Hakima Ziyecha w doliczonym czasie gry zapewnił „The Blues” awans do kolejnej rundy FA Cup. 

W innym ćwierćfinałowym meczu Pucharu Anglii mieliśmy do czynienia z małą niespodzianką, bo tak należy traktować wynik meczu Leicester City z Manchesterem United. Głównym problemem „Czerwonych Diabłów” jest jednak to, że w kapitalnej dyspozycji znajduje się Kelechi Iheanacho. Nigeryjczyk tym razem strzelił dwa gole oraz zaliczył asystę przy trafieniu Youriego Tielemansa i tym samym „Lisy” zostały kolejnym półfinalistą. A po zakończeniu zmagań, poznaliśmy już pary półfinałowe: Chelsea zmierzy się z Manchesterem City, za to Leicester z Southampton. 

Duże oczekiwania mieliśmy wobec meczu West Hamu United z Arsenalem. W końcu „Młoty” grają ostatnio bardzo dobrze, za to Arsenal w poprzedniej kolejce pokonał Tottenham, aczkolwiek nadal zajmuje miejsce w środku stawki. Zaczęło się zgodnie z oczekiwaniami, bo to drużyna Łukasza Fabiańskiego w kwadrans zdobyła trzy gole. Podopieczni Davida Moyesa najwyraźniej źle się czuli z tak wysokim prowadzeniem, bo strzelili dwa gole samobójcze i dzięki temu w derbach Londynu nagle zrobiły się emocje. Ostatecznie Arsenal wywalczył punkt, po tym jak Alexandre Lacazette zdobył gola w końcówce meczu. 

Po "Kanonierach", na boisku zameldowali się piłkarze innego klubu z północnego Londynu. Tottenham chciał przede wszystkim zmazać plamę po wpadce z środka tygodnia, bo tylko tak można traktować odpadnięcie z Ligi Europy na tak wczesnym etapie rozgrywek. Ostatecznie "Spurs" stanęli na wysokości zadania i pokonali Aston Villę 2:0. Dzięki temu nadal może zdarzyć się sytuacja, że Tottenham zapewni sobie przepustkę do fazy grupowej przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów. Strata do czwartej Chelsea to tylko trzy punkty. 

W Bundeslidze oglądaliśmy mecze drużyn polskich piłkarzy. Zaczęło się jednak od mało sympatycznej niespodzianki, bo nie spodziewaliśmy się tego, że Krzysztof Piątek rozpocznie mecz Herthy na ławce rezerwowych i wejdzie na boisko tylko w roli rezerwowego. Berlińczycy poradzili sobie jednak bez Polaka i to nawet naprawdę dobrze, bo strzelili Bayerowi aż trzy gole. Najbardziej wyróżnił się Dodi Lukebakio, bo młody Belg zaliczył dwie asysty i nawet zdobył gola, chociaż ostatecznie nie zostało ono uznane. 

Krzysztof Piątek może cieszyć się przynajmniej ze zwycięstwa, bo w dużo gorszych nastrojach byli inni Polacy – Rafał Gikiewicz oraz Robert Gumny. Zacznijmy jednak od dobrych informacji – obaj piłkarze wybiegli w podstawowym składzie Augsburga i właściwie na tym koniec. Były piłkarz Lecha Poznań zszedł z boiska przed końcem meczu, za to doświadczony bramkarz ponownie nie uratował swojej drużyny przed porażką i ostatecznie Augsburg przegrał z Freiburgiem aż 0:2. 

Wiele osób mówiąc o lidze hiszpańskiej sugeruje kryzys tejże ligi. Trochę prawdy jest w tej tezie, bo na meczach LaLiga zaczyna dominować taktyka i bardzo rzadko widzimy prawdziwe popisy ofensywne. Zazwyczaj kończy się tak, że w meczach pada jeden gol i na tym koniec. Na szczęście w niedzielę było pod tym względem dużo lepiej, chociaż praktycznie każde spotkanie kończyło się zwycięstwem jednej drużyny różnicą jednego gola. Zarówno Valencia, jak i Villarreal mogły wygrać okazalej, ale rozprężenie w defensywach robiło swoje i w efekcie rywale, czyli Granada oraz Cadiz, zdobywali gola honorowego. 

Najwięcej uwagi trzeba poświęcić jednak czołowym drużynom ligi hiszpańskiej i zaczniemy od lidera ligi. Atletico od jakiegoś czasu wygląda tak, jakby jechali na oparach bądź na hamulcu ręcznym, chociaż dla nich liczy się każdy komplet punktów przybliżający do upragnionego mistrzostwa. Tym razem podopieczni Diego Simeone pokonali bardzo skromnie Deportivo Alaves, a strzelcem jedynej bramki był niezawodny Luis Suarez. Urugwajczyk nie tylko zapewnił swojej drużynie zwycięstwo, ale mógł świętować 500. gola w swojej karierze. Duże słowa uznania należą się również Janowi Oblakowi, bo Słoweniec w końcówce obronił rzut karny wykonywany przez Joselu. 

Za to wiatru w żagle nabiera Barcelona, która dzisiaj zabawiła się kosztem Realu Sociedad. Podopieczni Ronalda Koemana zwyczajnie zdominowali drużynę z Kraju Basków i rozjechali swoich rywali. Sam wynik mówi bardzo wiele, bo "Duma Katalonii" rozgromiła aż 6:1. Cała drużyna zagrała na wysokim poziomie, ale jest kilku piłkarzy zasługujących na szczególne wyróżnienie. Mowa o Sergino Descie, bo boczny obrońca strzelił dwa gole oraz o Leo Messim, który nadal gra pierwsze skrzypce w tej drużynie i to raczej nie ulegnie jakiejkolwiek zmianie. Forma Barcelony jest na tyle wysoka, że predysponuje ich do tego, aby traktować ich jako głównych konkurentów Atletico do walki o mistrzostwo. 

Na koniec ponownie poświęcimy trochę uwagi lidze francuskiej, bo na właściwe tory zaczyna wracać PSG. Wydawało się, że paryżan czeka trudne zadanie, bo jechali do Lyonu. Było jednak tak, że wynik tego meczu był już rozstrzygnięty do przerwy, gdy podopieczni Mauricio Pochettino zdobyli dwa gole i w drugiej połowie dołożyli kolejne dwa trafienia. Ten wynik sprawił przede wszystkim to, że we Francji nastąpił oczekiwany powrót PSG na pozycję lidera. A to wszystko dzięki porażce Lille, którzy nie poradzili sobie z zespołem, który zajmuje miejsce barażowe – Nimes. Dodatkowo kilka chwil poświęcimy meczowi Nantes z Lorient, bo w tym spotkaniu widzieliśmy bramkę tego weekendu. Jej autorem był Armand Lauriente, który golem z rzutu wolnego uruchomił wspomnienia związane z innym specjalistą od stałych fragmentów gry w Ligue 1 czyli Juninho Pernambucano. 

 

Komentarze0
Musisz być zalogowany aby dodawać komentarze.

Najczęściej czytane...

Video
34
17 Wrzesień 2017

Tete zgasił Neymara [VIDEO]

Video
1
11 Październik 2017

Lewy w parodii Jeden Osiem L - Jak Zapomnieć

Video
5
3 Październik 2017

Wojciech Szczęsny w roli dziennikarza! Mistrzowskie pytanie o Krychowiaka! xD [VIDEO]

Video
10
18 Wrzesień 2017

Neymar chce strzelać rzut karny, ale Cavani... [VIDEO]