
A u Kapustki dalej bez zmian...
Bartosz Kapustka miał wpaść do Freiburga z buta. Premier League okazała się dla niego zbyt dużym kebabem do zjedzenia (a to niespodzianka...), dlatego latem zdecydował się na wypożyczenie do maciupkiego klubiku z Bundesligi, który słynie z biedy i promowania młodzieży. Niestety, ale tutaj wcale nie ma się lepiej.
Gdy polski supertalent, bóg Cracovii, odkrycie Euro 2016 i najbardziej uzdolniony młodzieżowiec znad Wisły od czasów Kazimierza Wielkiego przeszedł na wypożyczenie do Freiburga, wszyscy zgodnie kiwali głowami, że to bardzo dobry i inteligenty ruch transferowy. Bo faktycznie taki był. Mały klub z południa Niemiec, tak jak już wspomniałem, słynie z tego, że promuje młodzież, a następnie sprzedaje ją do większych drużyn, dzięki czemu tak sobie funkcjonuje spokojnie na bundesligowym rynku, choć nawet w przypadku spadku wcale nie załamuje rąk i nie popada w alkoholizm. W dodatku ściągnięcie Kapustki przez większą część letniego okienka transferowego wydawało się najmocniejszym wzmocnieniem ofensywy zespołu, z której odeszli przecież kluczowi zawodnicy, jakimi byli Vincenzo Grifo oraz Maximilian Philipp. Sezon był już tuż za zakrętem, a jedynymi nowymi piłkarzami z przodu byli właśnie 20-latek oraz powracający z wypożyczenia Tim Kleindienst, nominalny napastnik. Sytuacja była wręcz wymarzona.
Dopiero z czasem do Freiburga dołączyli bezpośredni konkurenci Kapustki w postaci Terrazzino, Kenta oraz Raveta. Pierwszy doszedł do zespołu tydzień przed startem ligi, a dwaj pozostali w ostatnie dni sierpnia, więc każdy logicznie myślący człowiek wydedukował, że Polak, który dołączył do SCF w połowie lipca, powinien być w dużo lepszej pozycji startowej niż oni. No niestety, taki siusiak. Brak gry początkowo można było tłumaczyć zaległościami, których mógł nazbierać w Leicester (chociaż grał tam w rezerwach), mityczną aklimatyzacją, trudnościami językowymi - okej. Potem jednak, gdy sezon trwał, trener Christian Streich stwierdził, że Kapustka ma braki kondycyjne i wystawiając go do składu mógłby mu wyrządzić krzywdę. Okeeeeeeej... Nie wnikam, co on tam robił przez ten miesiąc. Chyba zwiedzał. No, ale to jeszcze nie koniec, bo na konferencji prasowej przed jutrzejszym meczem ligowym z Herthą Berlin, Streich powiedział:
On musi się nauczyć gry w defensywie - to wszystko. Po prostu musi się tego nauczyć. Być może wcześniej tego od niego nie wymagano. Albo w Leicester City uznali, że albo to umie, albo nie.
Czyli że jak to? Że na złote dziecko Cracovii poza granicami Ekstraklasy nikt już nie będzie chuchał i dmuchał? No popatrzcie no... Że też skrzydłowy musi potrafić bronić... W Polsce może wydawać się to czarną magią, ale w poważnych ligach europejskich, a już w szczególności w Bundeslidze, zadania defensywne są na boisku podstawą i nie jest to żadna nowość. Podobne pretensje mieli niemieccy trenerzy chociażby do Kamila Kosowskiego, który grał w Niemczech w latach 2003-2005. Trzeba życzyć Kapustce jak najlepiej, niech uczy się we Freiburgu jak najwięcej, bo piłkarzy z rocznika 1997 i młodszych, którzy grają w Bundeslidze regularnie, wcale nie brakuje. Jeszcze trochę i Polak nie będzie już uzdolnionym dzieciakiem z Euro we Francji, a stanie się zawodnikiem w dojrzałym, piłkarskim wieku. No, chyba że ktoś uważa 25-latka za perspektywicznego juniora. Na razie wypożyczony z Leicester Kapustka spędził na boisku 21 minut w Bundeslidze i 8 minut w Pucharze Niemiec, co dupy zdecydowanie nie urywa.