
Glasgow Rangers vs Villarreal CF, czyli mecz rodem z piłkarskiego koszmaru
Mecz ten był szansą dla obu ekip na przybliżenie się do awansu. Warunkiem była wygrana, bowiem remis zachowywał zarówno drużynę z Hiszpanii, jak i Szkocji w grze. Liczyliśmy na ciekawą konfrontację dwóch odmiennych stylów gry. Zawodnicy Stevena Gerrarda zajmują drugą pozycję w ligowej tabeli, z kolei gracze Villarrealu przechodzą ostatnio załamanie formy i obstawiają okolice strefy spadkowej. Mecz pucharowy był dla nich szansą na podbudowanie swojej dyspozycji przed zbliżającą się konfrontacją z Barceloną.
Składy:
- Glasgow Rangers: McGregor- Flanagan, Goldson, Worrall, Tavernier- Arfield, Jack, Coulibaly (92' McCrorie)- Middleton, Morelos (79' Lafferty), Candeias
- Villarreal CF: Fernandez- Costa, Funes Mori, Gonzalez, Gaspar- Morlanes, Caseres, Ekambi, Fornals (73' Chukweze), Trigueros (62' Cazorla)- Bacca (63' Moreno)
Spotkanie rozpoczęło się od klasycznej wymiany ciosów i piłka bytowała głównie w środkowej części boiska. Mogliśmy obejrzeć kilka strzałów, jednak uderzane piłki trafiały w kibiców na trybunach. Piłkarze gospodarzy konsekwentnie pracowali w defensywie, a zawodnicy z Hiszpanii nie mieli pomysłu na rozbicie tego muru. Jeśli już udawało im się przedrzeć w pole karne rywala, to fantastycznym refleksem wykazywał się ulubieniec publiczności- bramkarz Allan McGregor, który parował uderzenia za końcową linię. Szkotom brakowało natomiast pomysłu na wydostanie się z własnej połowy i decydowali się oni na zagrania znane każdemu z osiedlowych boisk, czyli laga do przodu. Steven Gerrard musi poświęcić swoim podopiecznym jeszcze wiele czasu, aby choć w jednym procencie pokazali to, co on sam wyczyniał z piłką na boisku.
Ciekawie zaczęło się robić od 35 minuty, bowiem zawodnicy sami chyba stwierdzili, że robi się za nudno i zaczęli nagminnie faulować. Żółte kartki posypały się dla Mario Gaspara oraz Daniela Candeiasa. Ten drugi tak się zdenerwował, że dziewięć minut po pierwszym otrzymanym kartoniku, sędzia pokazał mu drugi i Portugalczyk resztę meczu musiał oglądać z trybun. Tym akcentem zakończyliśmy jakże ciekawą pierwszą połowę, a dotychczasowa gra obu ekip nie napawała optymizmem.
Na nieszczęście nasze przewidywania się sprawdziły i w drugiej odsłonie nie oglądaliśmy znacznej poprawy poziomu gry. W tej sytuacji szczególnie dziwiła mnie postawa gości, którzy zamiast zdecydowanie ruszyć do ataku, bawili się w atak pozycyjny. Nie przynosiło to zamierzonych efektów, bowiem grający w osłabieniu zawodnicy Glasgow Rangers jeszcze bardziej cofnęli się do defensywy. Taki obraz gry miał odzwierciedlenie w statystykach, gdzie po pierwszej połowie posiadanie piłki po obu stronach było na zbliżonym poziomie, natomiast po przerwie wynosiło ono 78% do 22% na korzyść Villarrealu.
Trener drużyny gości nie mógł już dłużej patrzeć na bezradność swoich podopiecznych i zdecydował się na wprowadzenie piłkarzy ofensywnych. Najwięcej świeżości wniósł Santi Cazorla, wprowadzony na murawę w 62. minucie, który jako jedyny decydował się na indywidualne zrywy i brał ciężar gry na siebie. To jednak nie wystarczało do pokonania Allana McGregora. Brakowało dokładności i skuteczności w wykańczaniu akcji. Im bliżej było końca spotkania, tym zawodnicy obu ekip coraz bardziej spuszczali z tonu, godząc się niejako z remisem. Trzy doliczone minuty nie spowodowały nagłego ożywienia i mecz zakończył się fantastycznym rezultatem 0:0.
Jedyny pozytyw, jaki znajduję po tym widowisku, to fakt, że wynik ten sprawił, iż wszystko rozstrzygnie się w tej grupie w ostatniej kolejce i emocji nie zabraknie. Kibice Villarrealu powinni mieć poważne obawy przed tym, jak zaprezentuje się ich drużyna w niedzielnym meczu przeciwko "Dumie Katalonii". Z kolei fani Rangersów bawili się dzisiaj doskonale i opuszczali stadion w dobrych humorach, bowiem ich ulubieńcy wytrzymali napór zawodników z Hiszpanii i grając w osłabieniu przez 45 minut, nie dali sobie wpakować bramki. Remis sprawia, że nadal są w grze i mogą realnie myśleć o fazie pucharowej Ligi Europy.