Derby Liverpoolu dla... Manchesteru City
Słowo "derby" zawsze potęguje emocje i sprawia, że przykuwamy większą uwagę do meczu, który został nim wypromowany. Nawet jeśli można spokojnie wskazać faworyta. W dzisiejszych derbach Liverpoolu, byli nim oczywiście "The Reds". Po pierwsze dlatego, że walczą o mistrzostwo z Manchesterem City i potrzebowali cennych punktów, żeby wrócić na pozycję lidera. Po drugie dlatego, że Everton mimo wielkich nazwisk w składzie, to nadal drużyna, która "kiedyś będzie", ale na razie nie jest. W dodatku Everton nie zdołał wygrać żadnego z ostatnich 18 spotkań przeciwko Liverpoolowi. Można się było tylko zastanawiać, kto będzie bardziej zmotywowany.
Składy:
- Everton: Pickford - Coleman, Zouma, Keane, Digne - Schneiderlin (76. Andre Gomes), Gueye - Walcott (60. Richarlison), Sigurdsson, Bernard - Calvert-Lewin (74. Tosun)
- Liverpool: Alisson - Alexander-Arnold, Matip, van Dijk, Robertson - Henderson, Fabinho, Wijnaldum (63. Milner) - Salah, Mane (84. Lallana), Origi (63. Firmino)
Pierwsze minuty spotkania, jak na derby przystało, były dość zacięte. Obie drużyny nie czekały na ruch rywala, tylko starały się przejąć inicjatywę. Zarówno Evertonowi, jak i Liverpoolowi nie można było jednak odmówić również dobrej gry w defensywie. Dlatego przez pierwsze 20 minut, mimo naporu obu drużyny, mieliśmy tylko jeden kocioł w polu karnym Evertonu, ale nic z tego nie wynikło. Potem, po kilku minutach dość płynnej gry zaczynałem już przysypiać, ale nadeszła 28. minuta, kiedy Mohamed Salah dostał świetne podanie od Fabinho. Egipcjanin wyszedł niemal sam na sam z Jordanem Pickfordem, ale bramkarz Evertonu był górą w tym starciu. Odbił piłkę przed siebie i jeszcze nabiegł na nią Jordan Henderson, ale został zablokowany.
Niestety, opisana powyżej sytuacja pozostała najciekawszym wydarzeniem pierwszej połowy. Do przerwy nie działo się już nic szczególnie ciekawego. Obie drużyny pilnowały się w defensywie. Inicjatywę przejął Liverpool, ale nie zdołał wykreować na tyle groźnej sytuacji, żeby wyjść na prowadzenie. Everton zaczął od szturmu, ale spod znaku "jeźdźców bez głowy", a potem musiał skupić się na obronie. Nie lubię rzucać suchymi statystykami, ale niestety, właśnie one najlepiej oddają pierwsze 45 minut... Tak więc Liverpool oddał 4 strzały, w tym 2 celne, z kolei Everton oddał tylko jeden strzał - niecelny.
Druga połowa zaczęła się trochę lepiej. W 52. minucie Fabinho bardzo źle wycofał piłkę i przejęli ją zawodnicy Evertonu, ale zabrali się do ataku "jak pies do jeża" i wywalczyli tylko rzut rożny. Po nim pierwszy groźny strzał na bramkę Alissona oddał Dominic Calvert-Lewin. Brazylijczyk uratował swoją drużynę, a potem "The Reds" ruszyli z kontrą. Po tym, jak została ona przerwana faulem, groźny strzał z rzutu wolnego oddał Trent Alexander-Arnold. Moment później Michael Keane powstrzymał w polu karnym Salaha. Optyczną przewagę zyskał przez chwilę Everton, ale potem znów sytuacje zaczęli kreować podopieczni Jurgena Kloppa. W 65. minucie przed szansą stanął Sadio Mane, ale miał dość ostry kąt i nie zdołał oddać dobrego strzału głową.
Chwilę później, jeszcze lepszą szansę miał Fabinho. Brazylijczyk dostał piłkę od Virgila van Dijka po zgraniu głową, kilka metrów przed bramką, ale zbyt długo zabierał się do strzału i został powstrzymany. Everton odpowiedział kontrą - bardzo dobre, płaskie podanie w pole karne zagrał Richarlison, zabrakło tylko wykończenia, bo Calvert-Lewin w ogóle nie zdołał sięgnąć piłki. "The Toffees" w drugiej połowie stworzyli sobie kilka okazji, po stałych fragmentach, ale strzały były ciągle za słabe, lub zawodnicy Marco Silvy nie mogli trafić czysto w piłkę. W końcówce przycisnął Liverpool, który miał już przed sobą widmo utraty lidera. Everton dzielnie się bronił, a w 87. minucie miał szansę odpowiedzieć. Alexander-Arnold sfaulował Lucasa Digne tuż przed polem karnym. Rzut wolny został fatalnie zmarnowany przez gospodarzy.
Liverpool desperacko atakował, a Everton odpierał ataki i szukał kontr. Do bramki nie trafili ostatecznie ani jedni, ani drudzy. I pewnie żadna z drużyn nie jest zadowolona. 1 punkt raczej nie zbawi Evertonu, a Liverpool tym remisem oddał pozycję lidera Manchesterowi City. Tylko podopieczni Pepa Guardioli mają największe powody do radości po tym meczu. Teraz oni przejmują stery, a Liverpool będzie musiał gonić. Kibice na Goodison Park, czy przed telewizorami też pewnie nie byli usatysfakcjonowani, bo nie takich meczów oczekujemy pod szyldem derbów.
Everton - Liverpool 0:0