
Brytyjski szlagier pełen przedświątecznych cudów na remis
Dziewiętnasta kolejka Premier League miała zacząć się od porządnego widowiska. Arsenal podejmować miał Liverpool. W ostatnich czterech spotkaniach tych zespołów padło ponad dwadzieścia goli, więc mieliśmy pełne prawo oczekiwać szlagieru. Absolutnie się w tej kwestii nie przeliczyliśmy. Na boisku działy się bowiem cuda większe od tych, których możemy spodziewać się na dniach, w Święta.
Pierwsza połowa rozpoczęła się dosyć leniwie. Widać było, że obydwa zespoły chcą się przez pierwszy kwadrans wybadać wzajemnie, sprawdzić na co sobie mogą pozwolić. Po tej wstępnej analizie Liverpool uznał, bardzo słusznie z resztą, że gospodarze są dziś jak najbardziej do ugryzienia i przejął inicjatywę. Od razu widać było, że dynamiczny kwartet ofensywny The Reds zbyt szybko operuje piłką, by defensorzy Kanonierów się w tym połapali. W efekcie stworzyli sobie kilka okazji, a jedną z nich, akurat tę wykreowaną dosyć przypadkowo, wykorzystał Coutinho. Najlepsza okazja pojawiła się jednak po błędzie Arsenalu, który stracił piłkę w swojej strefie obronnej. Najpierw Salah nie trafił sytuacji sam na sam, a potem Mane, zamiast zgasić odbitą od Cecha piłkę i pewnie posłać ją do pustej bramki, złożył się do przewrotki, z której uderzył niecelnie. Gra Arsenalu była za to bardzo niedokładna. Zaliczali dużo strat w środku pola, ograniczali się do prostego rozgrywania piłki na skrzydła, ponieważ w kombinacjach brakowało im precyzji.
Powracając z toalety czy spaceru z psem po przerwie nie wiedzieliśmy jeszcze co nas czeka w drugiej połowie. Ta rozpoczęła się od świetnej kontry Liverpoolu. Znów kunsztem wykazał się Salah, który jednak jest najlepszym dowodem na to, że szczęście sprzyja lepszym. Gdyby jego strzał nie zaliczył draśnięcia o piszczel Mustafiego, bramka by nie padła. Następnie miało miejsce coś, co trudno wytłumaczyć jakiemukolwiek ekspertowi. Liverpool chyba uznał, że mecz można już zakończyć, a Arsenalowi powiedziano, że teraz dopiero mogą zacząć grać w piłkę. Kanonierzy w 6 minut zdobyli trzy gole i doprowadzili do wyniku 3-2. Za dwa z nich mogą śmiało podziękować swoim rywalom, ponieważ raz Joe Gomez nie pokrył Sancheza, a w drugim przypadku Mignolet zlekceważył strzał Xhaki i sparował go sobie do własnej bramki. Niemniej jednak trzeci gol Kanonierów był już przepiękny. Te akcje kombinacyjne, o których wspominałem pisząc o pierwszej połowie szybko poszły w niepamięć po tym, co zrobił Ozil z Lacazettem. Francuz mając obrońcę na plecach zagrał futbolówkę piętą, w tempo do Niemca niczym najznamienitszy wirtuoz środka pola. Przez te 6 minut Klopp poczerwieniał tak bardzo, że w zasadzie mógłby wtopić się w koszulkę gospodarzy i nikt by tego nie zauważył. Jego piłkarze, świadomi tego, że jeśli do szatni wrócą bez punktów, to prawdopodobnie nie wyjdą z niej o własnych siłach, wzięli się do roboty. Wyrównali stan gry za sprawą Firmino, który miał furę szczęścia, ponieważ Cech, podobnie jak jego odpowiednik w drugiej bramce, sparował sobie piłkę za plecy, do siatki.
Spotkanie zakończyło się najgorszym możliwym wynikiem dla obu ekip. Bardziej straciły dwa punkty, niż zyskały jeden. W efekcie powiększą się strata do czołowej trójki, co sprawia, że walka o Ligę Mistrzów staje się coraz bardziej zacięta. Potwierdziły nam także, że ani jedna, ani druga, nie potrafi w tym sezonie bronić i niezbędne są roszady lub wzmocnienia w defensywie. Jestem pewien, że gdyby Arsene Wenger wiedział, co wstąpiło w jego zespół między 52 a 58 minutą, to jego zespół byłby równorzędnym przeciwnikiem dla Manchesteru City. Sam prawdopodobnie jednak nie ma pojęcia z jakiego powodu jego piłkarze zaczęli grać tak dobrze, tylko po to by za moment znów przestać. Jurgen Klopp za to musi dalej pracować nad dyscypliną swojego zespołu. Powtarza się bowiem scenariusz ze spotkania z Sevillą. Duża przewaga, zamiast dawać The Reds spokój, rozkojarza ich, w efekcie czego nie wygrywają starć, które powinni byli zwyciężyć.