
Nie zagrał z Polską, bo... poimprezował
Ostatnie miesiące to ciekawy okres w życiu Martina Hintereggera. Fani Bundesligi znają go pewnie doskonale, a ci, którzy ligi niemieckiej jednak nie śledzą, powinni go nieco bliżej poznać. W końcu niecodziennie załatwia się swój transfer przez nawalenie się na mieście, albo opuszcza mecz reprezentacyjny przez... przeciągającą się imprezę urodzinową.
Najświeższy temat związany z austriackim stoperem Eintrachtu Frankfurt dotyczy poniedziałkowego spotkania z Polską. Dość niespodziewanie Hinteregger nie zagrał w tym meczu, co oficjalnie zostało uzasadnione odniesioną kontuzją łydki. W piątek obrońca był zdrowy, zagrał w wygranym 6:0 pojedynku z Łotwą, więc taka możliwość wydawała się jak najbardziej logiczna. Sęk w tym, że potem dość szybko pojawiły się kolejne informacje, które rzuciły zupełnie nowe światło na minioną absencję...
Hinteregger w sobotę obchodził swoje 27. urodziny. Dostał zgodę na świętowanie, ale wiadome było, że powinien robić to z głową, w końcu mówimy o profesjonalnym piłkarzu, który dwa dni później miał wystąpić w ważnym dla jego reprezentacji meczu. Austriacki ZPN wydał dzisiaj komunikat, w którym... przyznał się, że ich zawodnik nie zagrał z Polakami z powodów dyscyplinarnych, a nie zdrowotnych. Piłkarze mieli w sobotę wolne, ale w hotelu mieli zebrać się maksymalnie do 21:30. Hinteregger jednak się nie stawił i do drużyny wrócił dopiero w niedzielę rano i - jak podały austriackie media - był w stanie lekko wskazującym. Z tego powodu - i z powodu ważności spotkania z Polską - 27-latek został odsunięty od zespołu, ale chociaż oficjalnie przyznał się do winy i przeprosił.
W sobotę świętowałem swoje urodziny i przekroczyłem granicę. Przeprosiłem już trenera, zespół i cały sztab za swoje zachowanie.
Nie był to jednak pierwszy taki incydent w jego karierze. Hinteregger to gość w stylu retro, co widać po jego wyglądzie, ale także po tym, że... nie przepada za technologią. Korzysta sobie ze starego modelu telefonu, który może co najwyżej wysyłać SMS i dzwonić, bo nie przepada za smartfonami i tymi wszystkimi XXI-wiecznymi bajerami. Jest także naczelnym hejterem RB Lipsk, który głośno krytykował, co było istotne o tyle, że wypromował się w Red Bullu Salzburg. Planowano przenieść go do kuzyna z Niemiec, ale on nie wyraził na to zgody i po krótkiej przygodzie w Borussii Mönchengladbach wylądował w Augsburgu. Tam stał się gwiazdą, ale na początku roku doszło do konfliktu między nim a trenerem Manuelem Baumem. Austriak skrytykował w mediach swojego szkoleniowca i przyznał, że choć osobiście nic do Bauma nie ma, to jednak nie może powiedzieć o nim nic dobrego.
Został odsunięty od zespołu i wiosną, rzutem na taśmę, wypożyczony do Eintrachtu Frankfurt. Tam sprawdził się perfekcyjnie, ale "Orły" nie miały opcji wykupu, więc nasz bohater po sezonie wrócił do Augsburga. Klub chciał zarobić na nim jakiś dobry hajs, ewentualnie przekonać go, że pod wodzą nowego trenera - Martina Schmidta - może jednak zostanie w zespole, ale ten nie miał takich chęci. Chcąc wymusić swoje odejście... wziął i się nawalił, a filmiki z jego fazą i chwiejnym krokiem obiegły cały internet. Augsburg miał tego dość i czym prędzej oddał go do Frankfurtu. Niezły ancymon z tego Hintereggera, prawda?