Maj
06
2019
Skomentuj

Nie tylko koni żal.

Zacznę od wyjaśnienia sprawy dla mnie niezwykle oczywistej, która (mam nadzieję) na wstępie ugasi zapędy ciskania we mnie epitetami o byciu „lewakiem”, wege-terrorystą czy innymi przychodzącymi do głowy osobom o stereotypowym postrzeganiu świata określeniami. Od sześciu lat jestem weganinem, nie spożywam jakichkolwiek produktów odzwierzęcych, nie kupuję odzieży ani innych artykułów, z których choćby część był pochodzenia zwierzęcego, ale jednocześnie nie obchodzi mnie co Ty, drogi czytelniku, jesz i co kupujesz. Nie jestem częścią jakiejkolwiek „pro zwierzęcej” organizacji, nikogo do niczego nie nakłaniam i nie dzielę ludzi na „lepszych” i „gorszych” pod kątem ich nawyków żywieniowych czy zakupowych. W tym tekście nie poświęcę temu nawet jednego zdania, bo byłoby to sprzeczne z wyznawaną przeze mnie filozofią i wartościami. Spróbuję jednak podjąć polemikę z pewnymi elementami przedstawionymi przez Krzysztofa Stanowskiego w jego felietonie pt. „Tylko koni żal. Ale komu? Stanowski vs reszta świata” gdyż uważam, że w niektórych aspektach mogą zakorzenić szkodliwe (według mnie) przekonania. Sam w swoim tekście zaznaczył, że temat uważa za ciekawy do dyskusji z czym w pełni się zgadzam. Im więcej dyskusji na tego typu tematy - tym lepiej.

Wszystko zaczęło się od poniższego tweeta, na którym widać jak dziennikarz wjeżdża na górę dorożką ciągniętą przez dwa konie.

Pojawiła się cała paleta wypowiedzi to z jednej, to z drugiej strony barykady. Jedna kobieta napisała, że konie zaprzęgowe z Morskiego Oka są „bardziej maltretowane niż poprzez wysłanie na rzeź”, a ktoś inny, że „taki spacerek to dla konia śmiech”. W skrócie nic nowego - kilkaset postów, a pośród nich cała masa epitetów, opinii nie popartych argumentami i zaledwie procent wartościowych komentarzy. Ot kolejny dzień w Internecie.

Osobiście nie jeżdżę dorożkami. Właziłem na morskie oko w upał, właziłem w deszcz. W zasadzie po to idę w góry, żeby po nich chodzić i się tym spacerem delektować. Poza tym nie chcę przyczyniać się w żaden sposób do losu tych zwierząt, ale jednocześnie nie patrzę z byka na osoby stojące w długich kolejkach do dorożek. Nikogo nie osądzam, każdy żyje według własnych wartości i to jest w życiu piękne, że mamy taką możliwość. Nie mogę się jednak zgodzić z tezą stawianą przez Krzysztofa Stanowskiego w felietonie, że tak naprawdę osoby chcące zakończyć proceder wywozu ludzi dorożkami działają na szkodę koni.

„Jeśli chcecie zamordować konie w Tatrach, to sprawcie by nikt nie wjeżdżał wozami pod górę. Wtedy będziecie mogli z dumą sobie powiedzieć, że już się dzięki wam nie męczą. Że rozwiązaliście problem ostatecznie. Dziwi mnie tylko, że koń idący do rzezi wygląda na bardziej niespokojnego niż na górskim szlaku… Ale skąd on miałby wiedzieć, co jest dla niego lepsze?”

Słoń w cyrku też nie wygląda na smutnego, a delfiny w delfinarium to się nawet uśmiechają. Aczkolwiek do tego dojdziemy nieco później, teraz zajmijmy się przekonywaniu, że tak naprawdę osoby korzystające z dorożek wyświadczają koniom przysługę. Jest to według mnie daleko idące uproszczenie, które chciałbym nieco wyjaśnić. Tego typu teza (pisana przez osobę o bardzo dużych zasięgach i dla wielu czytelników będąca autorytetem) przyczynia się do zasiewania w głowach odbiorców przekonania, że tak właśnie wygląda prawda. Spójrzmy na dane publikowane przez stowarzyszenie Viva!:

  • średni wiek konia oddanego do rzeźni wynosił 8,8 lat (2012 r.). Warto zauważyć, że w „normalnych warunkach” konie dożywają około 30 lat;
  • w 2012 r. do rzeźni trafiło 36 koni kursujących na trasie Morskiego Oka, w tym zwierzęta 4 i 5-letnie, czasami po zaledwie kilku miesiącach pracy;
  • średni czas pracy konia na trasie do Morskiego Oka wynosi niespełna 11 miesięcy (rok 2012) – a mógłby wynosić nawet 20 lat w odpowiednich warunkach;
  • na całej trasie średnie przeciążenie wynosi od 1,5 do 1,7 normy uciągu, w zależności od wagi pasażerów.

Od razu zaznaczę, że nie mam jak sprawdzić prawdziwości tych danych. Były publikowane w wielu miejscach i dlatego do nich chcę się odnieść.  Według nich wygląda na to, że osoby korzystające z dorożek są ostatnimi, które powinny chwalić się troską o los tych zwierząt. Nadmierna eksploatacja, dosłowne wyciskanie z konia jak największego zarobku w jak najkrótszym czasie, po czym sprzedaż (często na rzeź) i zakup następnego. Ciężko kwestionować takie fakty. Co do „skazywania koni na rzeź” przez osoby chcące zaprzestania ich kursowania w górach można przytoczyć komentarze organizacji pro zwierzęcych:

(...) Natomiast jeśli się je wprowadzi do pełnego użytku [meleksy zastępujące konie], to zrobimy dużą akcje przejmowania tych koni i szukania im domów.

Zakładam, że dla „górala kochającego swojego konia” nie ma znaczenia czy pieniądze za konia dostanie od włoskiej rzeźni, czy od stowarzyszenia, które zbierze środki na uratowanie zwierzęcia… a nawet jeśli nie uda się uratować wszystkich, to przynajmniej można zapobiec masakrze kolejnych setek koni, które na przestrzeni kolejnych lat czekałby równie tragiczny los.

Poza tym pamiętajmy, że popyt napędza podaż. Gdyby nie ludzie, którzy wolą wybrać wjazd dorożką zamiast spaceru, to tych dorożek zwyczajnie by tam nie było. I raz jeszcze powtórzę to, co powiedziałem na wstępie – nie uważam osób, które z tego rodzaju przewozów korzystają za gorsze, ani nie uważam, że są złe. Nie uważam, że trzeba je wytykać palcami, a pod każdym postem w Internecie, na którym widać osobę na dorożce robić z siebie mega obrońcę zwierząt i wytykać jej jak jest okrutna. Tutaj Stanowski ma bardzo dużo racji, bo takie zachowanie trąci hipokryzją i do niczego nie prowadzi. Ciężko mi się jednak zgodzić z publicznym twierdzeniem, że osoby korzystające z dorożek robią koniom przysługę, bo tak zwyczajnie nie jest. Odwlekają jedynie ich wyrok jednocześnie dając w zamian ból i cierpienie, po czym koniec końców i tak skazują je na przedwczesną śmierć jednocześnie fundując kolejnym zwierzętom bilet na ten sam, tragiczny żywot.

Druga kwestia dotyczy poniższego fragmentu tekstu.

„Czy mam jakiekolwiek wyrzuty sumienia? Otóż nie mam najmniejszych, a żeby jeszcze bardziej zobrazować, jakim jestem bydlakiem to dodam, że w ostatnich latach bywałem w ZOO, delfinarium, oceanarium, na pokazie, podczas którego foka rzucała piłkę do kosza, na wyścigach konnych, wyścigach psów, w cyrku (no dobra, w cyrku nie byłem, a szkoda), a także trzymałem na rękach małego krokodyla z zawiązaną paszczą. Co gorsza, jeśli pojadę do Tajlandii – a chciałbym – to na pewno przejadę się na słoniu, a jak będę w Egipcie – to na wielbłądzie. Dopiero co miło spędziłem czas w papugarni i co gorsza podobało się też mojej wrednej rodzinie. Mam nadzieję, że wiedzą państwo czym jest papugarnia: to dość małe, drewniane więzienie dla papug, które kiblują w środku ku uciesze łapiących je, niekoniecznie delikatnych dzieciaków. O tym, jak szkolona jest foka, by trafiać do kosza nawet nie będę wspominał…”

Pomimo prób uświadamiania ludzi w kwestii szkolenia słoni w Tajlandii pojawia się coraz więcej osób, które średnio obchodzi los tych zwierząt. Według badań przeprowadzonych przez World Animal Protection popyt na „atrakcje” z udziałem Słoni przyczynia się do wzrostu liczby słoni złapanych w środowisku naturalnym i utrzymywanych dla rozrywki. W samej Tajlandii wzrosła ona o prawie jedną trzecią w ciągu ostatnich pięciu lat. Po inspekcji 220 miejsc pracy tych zwierząt i sprawdzeniu 3000 słoni okazało się, że tylko 200 z nich żyło w akceptowalnych warunkach… i to wyłącznie tam, gdzie nie było bezpośredniej interakcji z ludźmi (czyli brak przejażdżek, brak mycia słoni przez turystów, żadnych sztuczek cyrkowych itp.).

Podsumowując: w ciągu roku, dla rozrywki, kilkanaście milionów osób jeździ na grzbietach słoni wyłapywanych z natury, w brutalny sposób tresowanych i trzymanych w „nieakceptowalnych warunkach” tylko po to, by zrobić sobie z nimi zdjęcie i doznać kilku minut rozrywki. Czy warto? Jeden powie, że tak, inny się nie zgodzi. Tutaj nie ma podziału na dobro i zło, ale uważam, że warto uświadamiać ludzi jaki jest los tych istnień. To może pomóc niektórym podjąć inną decyzję, co do skorzystania z atrakcji. Uważam, że zwiększanie ludzkiej świadomości przynosi same korzyści bez względu na to, jaką decyzję ostatecznie podejmą, a do każdej mają przecież pełne prawo.

Ciekawostka. Wiecie, że człowiek nie jest w stanie popełnić samobójstwa poprzez wstrzymanie oddechu? Można próbować, można nawet utracić przytomność, ale oddychanie to instynktowna czynność naszego organizmu i w ten sposób po prostu nie odbierzemy sobie życia. W przeciwieństwie do wielorybów i delfinów, dla których oddech jest czynnością wykonywaną świadomie… i delfiny korzystają z tego faktu popełniając samobójstwa w delfinariach.

Już słyszę ten ryk i śmiech: jak delfin może popełnić samobójstwo, jak on przecież nie myśli, nie czuje, głupie toto takie, rybę dostaje, skacze prze kółko i się cieszy, pa jaka mordka uśmiechnięta, a ten idiota mówi, że delfin samobójstwo popełnia. Mniej więcej taki sam argumentów co w pytaniu „jak można prostytutkę zgwałcić?”.

Okrucieństwo przybiera różne formy – jedną z nich jest ignorancja.

Kiedyś był taki serial „Flipper” o wesołym, mądrym delfinku, który bawił amerykańską rodzinę w latach sześćdziesiątych. Grało go pięć różnych delfinów, bo to były za duże obciążenia jak dla jednego zwierzęcia… a do tego ten najważniejszy zwierzak, który był na wszystkich plakatach i występował w głównych scenach ostatecznie też popełnił samobójstwo. Stwierdził, że lepiej przestać oddychać, niż dalej żyć.

Polecam sobie wyobrazić jakie emocją rządzą istotą, ile jest w niej strachu i rezygnacji, że podejmuje decyzję o tym, że lepiej jest przestać żyć. Wyłapują je z naturalnego środowiska, gdzie dziennie mogą pokonać kilkaset kilometrów i zamykają na resztę życia w kilkunastometrowych basenach. W środowisku naturalnym delfin żyje 40-50 lat. W delfinarium jest dobrze, jak przeżyje połowę tego okresu. Poza tym większość takich delfinów, wbrew powszechnemu przekonaniu to wyłowione, dzikie zwierzęta, a nie zwierzątko, które się w delfinarium urodziło. Statystycznie w trakcie takich połowów na jednego złowionego delfina przypada kilka zabitych. Dodając do tego fakt jak bardzo stadne są to stworzenia, i że przez resztę życia mogą opłakiwać stratę jednego tylko osobnika mamy obraz ich tragicznego losu tworzonego przez delfinaria… każdy powinien o tym wiedzieć i dopiero z tą wiedzą podejmować decyzję o fotce z tym ssakiem. Wiem coś o tym, bo byłem w delfinarium nie zdając sobie z tego sprawy. Drugi raz bym tego nie zrobił, ale przecież nie od dziś wiadomo, że niewiedza jest błogosławieństwem.

Mógłbym pisać o tym, jak traktowane są zwierzęta w cyrkach i opisywać wiele więcej przypadków, które w swoim felietonie Krzysztof Stanowski wymienia jednym ciurkiem jako swoje „przewinienia” względem zwierząt, ale bardziej skupię się na fakcie, że w jednym szeregu wymienia również fakt jedzenia mięsa, co może tworzyć u czytelnika przeświadczenie, że skoro pośrednio zabija zwierzęta konsumując je, to na tej samej zasadzie może jeździć na słoniach, sponsorować delfinaria i inne tego typu rozrywki. Otóż moim zdaniem są to dwie różne rzeczy.

Zdecydowana większość społeczeństwa jada mięso i uważam, że nie ma w tym nic nienaturalnego ani niemoralnego. Jeżdżenie na słoniach, głaskanie delfinów czy podziwianie tańczących małpek z normalnością nie ma natomiast nic wspólnego. To szukanie egzotycznej, ale niezbyt wysublimowanej  rozrywki kosztem niewyobrażalnego cierpienia zwierząt. Ja przynajmniej tak bym to nazwał.

I znów powtórzę to, co w tym tekście przebijało się kilkukrotnie. Na ludzi, którzy pomimo świadomości warunków w jakich funkcjonują takie zwierzęta decydują się na robienie z nich swojej rozrywki nie patrzę z góry, nie oceniam, wszyscy mają prawo żyć w zgodzie z własnym sumieniem. Nie rusza mnie ani nie martwi fakt, że Krzysztof Stanowski lubi tego typu rozrywki i ma ochotę z nich korzystać. Nic w tym złego, bo jasno postawił sprawę. Chcę jedynie uniknąć krzewienia u niektórych przekonania, że decydowanie się na tego typu uciechy jest dokładnie tym samym co decydowanie się na kupno szynki w sklepie mięsnym, bo według mnie to dwie zupełnie różne rzeczy.

I obyśmy nigdy nie dopuścili do sytuacji, w której spisywanie istot odczuwających strach i ból na tego typu cierpienia wyłącznie dla własnej rozrywki, zdjęcia na fejsie czy uśmiechu swojego dziecka, będzie czymś naturalnym. To przynajmniej moja nadzieja.

Dziś nie chce nam się wierzyć, że zaledwie sto lat temu ludzie byli zamykani w ZOO i podziwiani przez dziesiątki tysięcy osób dziennie. Nie chce nam się wierzyć, że zdecydowana większość populacji czy to w Europie czy w USA była w stanie racjonalnie to sobie tłumaczyć mówiąc o „dzikusach nieprzystosowanych do normalnego życia” (określenie z gazet z tamtych czasów). "Przecież został wykupiony od Afrykańskich handlarzy niewolnikami, więc mu się poszczęściło". Kto wie, może nawet ktoś wysnuł teorię, że gdyby nie „opieka ZOO” to ci ludzie by nie żyli, więc lepiej trzymać ich w klatkach i przynajmniej dawać społeczeństwu rozrywkę, zamiast skazywać na śmierć?

Mam głęboką nadzieję, że kiedy za sto lat będzie się rozmawiało o wykorzystywaniu zwierząt w cyrku, słoni w Tajlandii, delfinów w delfinariach i wszędzie tam, gdzie te zwierzęta doświadczają ogromnego cierpienia fizycznego i psychicznego dla ludzkiej rozrywki ludzie również będą w szoku na myśl o tym, jak traktowali te zwierzęta zaledwie sto lat wcześniej. Udało nam się zerwać psy z łańcuchów. Nikt kto ma psa nie dyskutuje z faktem, że to zwierzę potrafi się cieszyć, ale również odczuwa strach, niepokój oraz ból. Pamiętajmy po prostu, że inne zwierzęta mają tak samo.

W trakcie swojej ziemskiej kariery wybiliśmy wiele gatunków zwierząt, zniszczyliśmy m.in całą megafaunę w Australii, doprowadziliśmy do pogromu zwierząt (a przede wszystkim ludzi) w Ameryce Północnej. Z grubsza wszędzie tam, gdzie pojawiał się człowiek za jakiś czas znikały zwierzęta. Na zawsze. Szczęście naszych czasów polega na tym, że mamy środki masowego przekazu, które potrafią uświadamiać na szeroką skalę do czego prowadzą nasze działania. Według mnie byłoby miło, gdybyśmy wykorzystywali je by poprawiać sytuację istot żywych, zamiast ją pogorszać… bo środki masowego przekazu to topór obosieczny.

PS Mam szczerą, choć być może naiwną nadzieję, że tekst nie wywoła fali agresywnych komentarzy kierowanych w jednym lub drugim kierunku. Fajnie, jakbyśmy nauczyli się rozmawiać.

Najczęściej czytane...

Video
17 Wrzesień 2017

Tete zgasił Neymara [VIDEO]

Video
11 Październik 2017

Lewy w parodii Jeden Osiem L - Jak Zapomnieć

Video
3 Październik 2017

Wojciech Szczęsny w roli dziennikarza! Mistrzowskie pytanie o Krychowiaka! xD [VIDEO]

Video
18 Wrzesień 2017

Neymar chce strzelać rzut karny, ale Cavani... [VIDEO]