
To przepraszam państwa #13 Grupa śmierdzi
Kiedy to w połowie listopada ostatecznie skończyły się eliminacje do Mistrzostw Świata, poznaliśmy wszystkie trzydzieści dwie drużyny, które na nim wystąpią. Oczywiście nie zabrakło niespodzianek. Na Mundial nie pojadą chociażby Stany Zjednoczone czy Chile. To już są zaskoczenia, a jeśli dodamy do tego brak Włochów i Holendrów to wyniki eliminacji spokojnie możemy nazwać sensacyjnymi. Piłkarze z półwyspu Apenińskiego nie pojawią się na tym czempionacie pierwszy raz od 1958 roku. Niemniej jednak, pomimo tych nieobecności, skład Mundialu wciąż jest imponujący i nie ma się co dziwić, że wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali pierwszego grudnia, kiedy to miało odbyć się losowanie.
Nie wiem dokładnie jak w innych państwach, ale u nas te dwa tygodnie to było czternaście dni piłkarskiej paranoi. Każdy, dosłownie każdy bawił się we własne losowanie. Używano do tego aplikacji, programów komputerowych napisanych na szóstkę z informatyki albo po prostu karteczek wyciąganych z niedomytej miski po chipsach. Każdy sportowy portal robił własną propozycję „grupy marzeń” i „grupy śmierci”. Przy czym jeszcze tworzenie tej drugiej miało jakiś sens, bo redakcje mogły się wykazać jakąkolwiek kreatywnością, to już ta pierwsza w każdy przypadku miała Panamę i Peru. Po co więc robiono te przewidywania, jeszcze uzasadniając je, jakimiś przesadnymi analizami, skoro te dwa państewka na pierwszy rzut oka wydają się najłatwiejsze. Z niecierpliwością więc wyczekiwałem początku grudnia, ale nie dlatego, że już chciałem się dowiedzieć z kim oficjalne zagrają Polacy, a dlatego, że już miałem serdecznie dość tych wszechobecnych przewidywań, gdybań i typowania.
Wreszcie nadszedł ten dzień. Pech chciał, że nie mogłem być w domu równo o 16, a dopiero godzinę później, ale nie chciałem przeczytać wyników w internecie. Czułem, że muszę tę ceremonię obejrzeć, nawet z odtworzenia. Bardzo chciałem bowiem zobaczyć jak zestresowany i spocony Infantino wypowiada się w samych superlatywach o Rosji i zważa na każde, jedno słowo, bo boi się, że zaraz w potylice trzepnie mu stojący obok Putin, a zaraz potem odeśle do Gułagu. Odłączyłem się więc od wszelkich mediów i obejrzałem ceremonię z opóźnieniem. Pierwszy koszyk nie mógł wzbudzić we mnie emocji, bo w kim mógłby w końcu, a poza tym i tak gapiłem się cały czas na krawat Banksa, który bardziej przypominał śliniak i zastanawiałem się nad tym, kto pozwolił mu się tak ubrać. Potem dolosowano nam Kolumbię i delikatnie mówiąc, nie wybuchłem radością. Ten Senegal z trzeciego koszyka też nie przyprawił mnie o dreszcze szczęścia. Chyba największy uśmiech zagościł na mojej twarzy przy okazji wylosowania Japonii, ale to wciąż nie była radość. To dlatego, że wiedziałem, że ta grupa nie jest, ani grupą śmierci, ani grupą marzeń. Ta grupa po prostu śmierdzi.
Dlaczego? Nie, nie dlatego, że jestem rasistą i uważam, że zawodnicy z Afryki czy Ameryki Południowej nie dbają o higienę, a każdy Azjata jedzie rybą. Chodzi mi bardziej o to, że wszystkie te drużyny są trudne na swój sposób i niezwykle specyficzne. Każda gra inaczej, starcia z nimi będą się między nimi kompletnie różniły, tak jak ich style gry. Właśnie dlatego nasza sytuacja nie jest tak kolorowa, jak maluje ją chociażby pewny awansu Tomasz Hajto. Zdecydowanie trafniej skomentował ją Jacek Magiera, mówiąc, że to „grupa pułapka”. Zgadzając się w stu procentach z przyszłym trenerem Realu Madryt, już tłumaczę dlaczego tak jest.
Idźmy po kolei. Nie było wątpliwości, że każdy zespół z drugiego koszyka będzie mocny, bo przecież nie bez powodu się tam znalazł. Dlatego pod żadnym pozorem nie można było lekceważyć żadnej drużyny, nawet Peru. Kolumbijczycy są o tyle groźni, że nie są zespołem z Europy. Polacy w ostatnich latach naprawdę niewiele grali z drużynami z obu Ameryk, całe szczęście niedawno liznęli trochę tego futbolu. Jest to bowiem specyficzna piłka i pomimo faktu, że większość reprezentantów Kraju Koki występuje na Starym Kontynencie, w reprezentacji nie grają jak w Europie. Poza tym mają oni bardzo groźnych zawodników, Jamesa Rodrigueza, najlepszego piłkarza na poprzednim Mundialu, Radamela Falcao, który ostatnio przypomniał sobie jak strzelać, a defensywą zarządzać będzie Davinson Sanchez wraz z jego niesfornymi dłońmi. Dlatego jeśli już miałbym wybierać, na kogo wolałbym żebyśmy trafili w tym drugim najmocniejszym koszyku, mój typ padłby na kogoś z Europy. Idealni byliby Chorwaci czy Szwajcarzy, lepsi od Kolumbii nawet Anglicy. Podziękowałbym jedynie za Hiszpanów.
Trzeci koszyk był ogromną niewiadomą. Były tu drużyny, które mogą się zaprezentować zarówno wyśmienicie, być czarnymi końmi turnieju, jak i wyjątkowo żenująco. Przed losowaniem nie chciałem byśmy trafili na zespół z Afryki środkowej, czyli Nigerię lub Senegal właśnie. Dlaczego? Jeśli stwierdziłem, że drużyny z Ameryki Południowej grają odmienny futbol od naszego, to te z Czarnego Lądu prawie uprawiają inny sport. Reprezentacje Afrykańskie, za wyjątkiem tych najbardziej północnych, arabskich grają bowiem bardzo prosty, szybki i fizyczny futbol. Ma on niewiele wspólnego z piłką, którą reprezentują topowe zespoły europejskie, do których, chcąc nie chcąc, od niedawna trzeba zaliczyć też Polskę. Przygotowani na kombinacyjną grę i spokojne rozgrywanie piłki Polacy mogą zostać błyskawicznie zaskoczeni przez dynamicznych i agresywnych w swojej fizyczności Senegalczyków. Na naszą niekorzyść działa fakt, że z ekipami afrykańskimi nie graliśmy już bardzo dawno. Ostatni raz mierzyliśmy się z Republiką Południowej Afryki w 2012 roku, a zwycięskiego dla nas gola zdobył wtedy Marcin Komorowski. To chyba najlepiej świadczy o tym, jak zamierzchłe są to czasy. Dlatego przed Mundialem musimy, powtarzam, musimy zagrać z jakimś Kamerunem czy inną Ghaną. Nasi reprezentanci muszą na własnej skórze poczuć, czego należy się spodziewać, bo w innym przypadku, nawet przy świetnym przygotowaniu taktycznym, zostaniemy przez Senegalczyków, na czele z Keitą i Mane, zaskoczeni.
Jeśli zaś chodzi o Japonię, to mamy tu najmniej powodów do zmartwień. Ich styl gry nie jest specyficzny, a Azjaci nie należą też do ludzi agresywnych czy wybuchowych. Z tą reprezentacją powinno nam się grać najłatwiej. Kadra z Kraju Kwitnącej Wiśni ma najmniej głośne nazwiska spośród naszych rywali. W zasadzie największą gwiazdą pozostaje Kagawa, który już nawet nie gra zbyt regularnie w zawodzącej Borussi. Niemniej jednak nie możemy pozwolić sobie na to, by ten zespół zlekceważyć, tak jak zrobiliśmy to w 2002 roku z Koreą czy cztery lata później z Ekwadorem. Obie te ekipy srogo nas za to pokarały. Co ciekawe, bardzo szanowany portal WhoScored, typując procentowe szanse na zwycięstwo na Mundialu każdej z drużyn, umieścił Japończyków przed nami. Mam jednak nadzieję, że Polacy pokażą, że to tylko statystyczna głupota.
Przed kadrą Nawałki bardzo intensywne pół roku. Nasz Selekcjoner, wraz ze swoim sztabem, ma do przygotowania najbardziej złożoną analizę w swojej karierze. Potem, należy ją wprowadzić w życie, najlepiej przy okazji odpowiednio dobranych sparingpartnerów. To okres, którego nie możemy przespać. Jeśli wyjdziemy z założenia, że to w końcu my jesteśmy z pierwszego koszyka, a poza tym nie dolosowali nam Hiszpanów, więc o resztę nie ma się co martwić, to pożegnamy się z Rosją, zanim jeszcze powiemy jej „zdrastwujtie”.