Sty
11
2020
Skomentuj

SERIA BEZ TYTUŁU #1 - ANDRZEJ STREJLAU (WYWIAD)

Andrzej Strejlau to człowiek, którego wszyscy szanują. Przesada? Jeśli zajrzymy do jakichkolwiek opinii na jego temat, to zobaczymy jedno. Jest faktem, że niektórych męczy już jego styl wypowiadania się, retoryka i podejście. Ale czy umniejsza jego życiowemu dorobkowi? Nie – cały czas podkreślamy, że piękną rzeczą jest w tym wieku być tak pełnym sił witalnych. Pan trener jest naszym pierwszym gościem w tekstowej „Serii Bez Tytułu” na Footroll.pl.

Przed rozpoczęciem lektury ostrzegamy – wywiad jest nietypowy. Będzie wam się wydawało, że pytań jest mało. Rzeczywiście jest ich mało – bo taki jest pan trener. Posiadanie mikrofonu – 90%. Rozmówca dominujący.

***

RAFAŁ MAJCHRZAK: Minął już ponad rok od premiery książki Jerzego Chromika i Andrzeja Strejlaua „On. Strejlau”. Pamiętam tę oficjalną uroczystość w Teatrze Kwadrat, na którą zapraszał redaktor Chromik. Przede wszystkim uderzyło mnie, jak wielu ludzi tam przybyło: artyści z Reprezentacji Artystów Polskich, aktorzy Teatru Kwadrat, dziennikarze od prawa do lewa, osobowości telewizyjne, agenci, ludzie piłki… nawet pamiętam, że widziałem tam Roberta Janowskiego. Wszyscy pojawili się ze względu na jedną osobę. Pana.

ANDRZEJ STREJLAU: Ja jestem bezpartyjny całe życie – może dlatego pojawili się wszyscy od lewa do prawa. Bądź co bądź, trzeba pamiętać, że artyści pamiętają o mnie z prostej przyczyny. Przecież prowadziłem Reprezentację Artystów Polskich. Znam się dobrze z Dorotą Wardyńską, panią manager tej drużyny. Później drużynę prowadził mój młodszy syn, pomagał nam też Janek Tomaszewski. Pamiętam zresztą te mecze na Legii, kiedy na Reprezentację Artystów Polskich przychodziło więcej ludzi niż na mecze ligowe. Graliśmy ze skoczkami narciarskimi, z reprezentacją artystów z Włoch, gdzie przecież występuje Eros Ramazzotti.

Było panu zapewne miło, gdy zobaczył wypełniony teatr…

Zaangażował się w to mocno Andrzej Nejman, który zresztą grał w mojej drużynie. Kojarzycie go państwo przecież z roli Waldka Złotopolskiego. Samo to, że użyczono nam głównej sali w Teatrze Kwadrat, to już były miły gest. Chcieli nas uhonorować. Stąd jest ta nasza zażyłość – między środowiskiem aktorskim i piłkarskim. Zresztą pamięta pan na pewno też nasze epizody w filmach Olafa Lubaszenki…

Któż mógłby nie pamiętać? Byliście w „Poranku Kojota”, a Lubaszenko angażował ludzi piłki też w innych epizodach…

 

kadr z filmu „Poranek Kojota”, reż. Olaf Lubaszenko, rok 2001

Olaf to przecież fan piłki nożnej, były wychowanek Legii Warszawa. Stąd była nasza znajomość. Przy okazji - wie pan, że to była scena robiona „na hurra”? Nawalili inni, więc potrzebował Lubaszenko kogoś do epizodu! My nawet nie wiedzieliśmy, do czego tak naprawdę to kręcą. Okazało się, że nawet to, co mówiliśmy między sobą, jakoś się zgadzało z fabułą filmu. Dlatego wyszło naprawdę nieźle.

Wcześniej angażował Władysława Żmudę i Janusza Wójcika w „Chłopaki nie płaczą”. A później wziął Mateusza Borka – z przypadku – i napisał mi na szybko małą rolę w „E=mc2”…

Ojej, nie znałem tego!


kadr z filmu „Chłopaki nie płaczą”, reż. Olaf Lubaszenko, rok 2000


fragment filmu „E=mc2”, reż. Olaf Lubaszenko, rok 2002

Ilekroć ten film jest puszczany w telewizji, na Twitterze jest wysyp wiadomości z oznaczonym Mateuszem Borkiem i treścią: „Najpiękniej wypowiedziane g***o w historii polskiej kinematografii”.

Widzi pan, czasami trzeba umieć się dostosować. A Mateusz dostosował się najwidoczniej do koncepcji filmu. Ale odpowiadając na pierwsze pytanie… znam się z wieloma osobami ze środowiska filmowego.

Czuje się pan zajętym człowiekiem?

Jestem cały czas przewodniczącym Klubu Seniora w Polskim Związku Piłki Nożnej – wybrano mnie demokratycznie, po śmierci Henryka Loski. Pracuję społecznie dla urzędu dzielnicy Bielany m. st. Warszawy…

...mając ciągle status emeryta. I pracując w telewizji jako ekspert… jednak wydaje się pan mieć wciąż sporo na głowie.

Pracuję teraz głównie w Telewizji Polskiej. Eurosport mocno wycofał się z piłki nożnej. Właściwie pozostał im już tylko jeden człowiek, który specjalizuje się m.in. w futbolu, czyli Edzio Durda. Chociaż... ja mam o tyle dobrze, że pracować już nie muszę. Nikt mnie siłą nie doprowadzi do studia, bo przecież sam pan to zauważył - jestem już na emeryturze. Do telewizji tak naprawdę chodzę, ponieważ chcę. Chodzę już od dawna, kiedy zostaję o to poproszony. Byłem zapraszany na samym początku funkcjonowania do Canal+, kiedy szefem ds. sportu był Janusz Basałaj. Chodziliśmy tam z Michałem Listkiewiczem. A kiedy ten został prezesem, wstąpił za niego Wit Ż. – dziś jego nazwisko musimy skracać z wiadomych przyczyn. Teraz trwa moja współpracę z TVP, do której przychodzę z chęcią. Nie tak dawno można było mnie usłyszeć przy komentarzu finału klubowych mistrzostw świata, byłem także w studio Superpucharu Włoch. Śledzę, jak radzi sobie drużyna Kloppa. Widzę na przykładzie meczu włoskich drużyn, jak zmienia się piłka. Gdzie jest pieniądz, tam idzie zawodnik – bo on musi na siebie zarobić.

A czego taki człowiek jak pan może się nauczyć od młodszych ludzi?

Młodzi ludzie kształtują świat. Pamiętam taką sytuację, kiedy będąc młodszym, ale już łysiejącym nieco trenerem, zabierałem piłkarzy na tereny przy Moście Łazienkowskim. Wie pan, dlaczego to robiłem? Tam biegną rury z ciepłą wodą. Nie pozwalają one, żeby zawodnik niszczył sobie nogi z uwagi na takie, a nie inne podłoże. Tam mogliśmy wytyczyć ścieżki do biegania. Trener jest od myślenia, nie od mechanicznego wykonywania swojego zawodu. Dziś czasy się zmieniły. Pamiętam czasy, kiedy w 1968 roku przychodziłem do PZPN. Młodzieżowe reprezentacje wyglądały zupełnie inaczej niż dzisiaj. Sztaby trenerskie każdej z drużyn są dzisiaj ogromne. Zresztą miarą rozwoju piłki jest też ten budynek, w którym się znajdujemy. PZPN również przeszedł ogromne zmiany. Poszedł z duchem czasu. Natomiast… czego ja się uczę? Na pewno widzę, że młodzież myśli inaczej. Uczę się wszystkiego. Piłka zmieniła się na tyle, że możemy żyć przeszłością, rocznicą 100-lecia założenia PZPN… ale to młodzież widzi, że piłka się zmienia. Młodzież widzi, że w jakim kierunku zmierza dzisiaj piłka. Martwi mnie tylko, że ta sama młodzież często nie zna szatni, nie zna słowa „porażka”, „zwycięstwo”, „walka”. Nie poznała piłki od strony emocjonalnej – kiedy przychodzi niespodziewany cios, szczęśliwe zwycięstwo. Nie podoba się obrazoburcze przedstawianie piłki nożnej, a niestety młodzi ludzie często to robią. A przecież w mediach przemawia się w imieniu społeczeństwa.

Lubi pan rozmawiać o życiu?

O życiu opowiedziałem co nieco w książce "On, Strejlau". Mogę mówić natomiast głośno o sprawach zawodowych. O życiu natomiast dziś już nie chcę mówić – sporo ze świadków tego, co widziałem, już nie żyje. A jest takie powiedzenie, że o zmarłych mówi się dobrze albo wcale.

A o sobie lubi pan rozmawiać?

Niezbyt. Każdy już będzie wiedział, jak ocenić moje dokonania. Nie tylko osoby, które ze mną pracowały w związku, w klubach, ale też inni. Może podam prosty przykład – jeżeli to mnie swego czasu wybrano, żebym to ja zwalczał korupcję w polskiej piłce ramię w ramię z prokuraturą… to o czymś to chyba świadczy. O tym, jakim jestem człowiekiem.

O coś innego raczej chciałem zahaczyć… czas na lekturę pewnych komentarzy. Niech pan posłucha, co myślą ludzie.

Jedni myślą pewnie dobrze, a drudzy – źle.

Oj, nie do końca. Wchodzę na YouTube sport.pl, czytam pod wywiadem z Pawłem Wilkowiczem:

„Chciałbym być tak sprawny intelektualnie w jego wieku. Szok.”

„Pan Andrzej to niezwykle mądry człowiek o wielu umiejętnościach”

„Niesamowita postać. Dużo zdrowia Panie Andrzeju! Żebyśmy mieli Pana jak najdłużej na tym świecie.”

„Pan Andrzej to chodząca encyklopedia sportowa i legenda. Ogromny szacunek mam do tego trenera!”

 „Najwyższej klasy człowiek, przeogromna wiedza, kopalnia anegdot, ale najlepsze są anegdoty o nim :) Na szczęście Pan Strejlau będzie żył wiecznie.”

 „Na pewno nie przesadzę mówiąc, ze pan Andrzej to nasze dobro narodowe.”

To jest miłe. Dopóki będę dzielił swoimi opiniami, będę mówił to, co myślę. Natomiast dobrze wiedzieć, jak ludzie oceniają mnie dzisiaj. Ale widzi pan – kiedy ja sam piszę o innych ludziach, to ich już nie oceniam. Zawsze bardziej zwracam uwagę na problemy, kiedy pisuję od czasu do czasu na Twitterze. Dziś np. będę bronił selekcjonera reprezentacji Polski. Uważam, że to mój obowiązek. Jerzy Brzęczek jest prawy, szlachetny człowiek. Jest to były doświadczony piłkarz. A media przyjęły go fatalnie. I teraz większość ludzi ma problem, bo awansował na mistrzostwa Europy. Mamy drużynę taką, a nie inną. Będziemy uzależnieni od Roberta Lewandowskiego i zawodników drugiej linii, którzy dostarczą mu piłkę, albo nie. Przecież za kadencji Adama Nawałki też od razu Lewandowski nie strzelał bramek na zawołanie…

Ja mam tylko obawę, że mistrzostwa Europy przerosną naszego selekcjonera.

Niech się pan nie boi. Przecież to on się cieszył autorytetem, kiedy drużyna z Barcelony zdobywała wicemistrzostwo olimpijskie. Do dziś członkowie tej drużyny wypowiadają się o nim dobrze. On ma ten autorytet. On ma prawo się pomylić, jak każdy z nas. Niech pan spojrzy na dzisiejszą piłkę – Carlo Ancelotti zostaje zwolniony z Napoli, pomimo wygranej 4:0 z Genkiem. Taka jest wola prezesa di Laurentiisa. Antonio Conte zdobywa mistrzostwo Anglii z Chelsea w pierwszym sezonie, a w drugim roku jego drużyna się sypie. Na jego miejscu przychodzi Maurizio Sarri – notuje dobre wyniki, jest trofeum Ligi Europy, ale nie jest lubiany i marzy o powrocie do Włoch. O tym, jak przewrotne były losy Kloppa i Guardioli nawet nie trzeba wspominać. Jürgen Klopp osiąga wielki sukces, już dochodząc za pierwszym razem w 2018 roku do finału Ligi Mistrzów. Dokupuje Alissona, ma van Dijka i zdobywa rok później puchar, a mógł odpaść w grupie, gdyby Milik lepiej uderzył na bramkę Liverpoolu. Przy czym dodam, że nie zgadzam się z naszymi mediami krytykującymi Milika, bo zachował się w tej sytuacji najlepiej, jak mógł. Guardiola? Dziś musiał dotrzeć do swoich zawodników, zbudować ich mentalność po kilku porażkach, bo on sam rozumie, co przeżywa zawodnik w takiej chwili. W naszym zawodzie jest wiele czynników kształtujących nasze kariery. A nasza drużyna, polska drużyna walczy dziś o to, by przejść do historii. W czerwcu Polacy zagrają o sławę i chwałę. Byliśmy bardzo blisko medalu we Francji przed czterema laty. Moim zdaniem, nie jesteśmy jednak bez szans na dobry wynik.

Jeśli chodzi o pańską pracę w roli selekcjonera, musi pan przyznać, że mogło być znacznie lepiej. To były lata 1989-1993. Jest taka jedna data - 28 kwietnia 1993 roku. Mecz Polska – San Marino, eliminacje do mistrzostw świata. Jak kojarzy się dziś panu ten mecz? Wiem, że to zwycięstwo 1:0, ale jednak ten mecz przez lata został synonimem zwycięstwa totalnie najbrzydszego. 

Nie udało mi się wtedy przekonać zawodników, że ówczesna drużyna San Marino jest naprawdę nieobliczalnym zespołem. Proszę sobie wyobrazić, że wówczas reprezentacja Turcji prowadzona przez Seppa Piontka zremisowała 0:0 z tym samym San Marino. To był marzec, 1993 rok. Siedzieliśmy wtedy na trybunach, oglądając to spotkanie. A my wygraliśmy nasze spotkanie, półtora miesiąca później. Tak było – ręka Jana Furtoka przesądziła o wyniku. Tak już bywa z tymi golami strzelonymi ręką. Wojciech Kowalczyk też z Sampdorią zagrywał piłkę ręką, ale jakoś nikt nie chce o tym pamiętać.

Ale nie uciekam od tego meczu z San Marino. Takie mecze się po prostu w naszych karierach zdarzają. Każdy z nas ma w swoim CV mecze, do których nie lubi wracać wspomnieniami. Przez pryzmat wielu doświadczeń, wspieram zatem młodszych kolegów. Uprawiamy taki właśnie zawód – w chwili podpisania kontraktu, podpisujemy też swoje zwolnienie.

Czyli „żyć, znaczy umrzeć” w przypadku trenerów jest wiecznie żywe?

Tutaj nigdy nie wiadomo, co nas może czekać.

Nie brał pan udziału w komisji wybierającej jedenastkę stulecia PZPN…

Trochę uważałem to za chybiony pomysł. Młodzież dziś porównuje piłkarzy z różnych epok, stwierdza wprost, którzy zawodnicy byli lepsi. Przy okazji wyboru tej jedenastki, znów powróciła zasadnicza kwestia. Dziś piłka się zmieniła, a możliwości rozwoju zawodników są nieporównywalnie większe. Lewandowskiego nie ma co porównywać do Wilimowskiego, Brychczego, Cieślika, Deyny – wielu wybitnych zawodników swoich epok. Ja uważałem, że powinni byli zrobić dwie jedenastki. Jedną – do roku 1970 roku, drugą – po roku 1970. Nie zrobiono tego. Stwierdzono jednak, że stworzona zostanie jedna drużyna. Głosowała kapituła i głosowali internauci. Wszystkie głosy wrzucono do jednego worka. Moim zdaniem, jeśli postanowiono już rzeczywiście dopuścić też do głosu ludzi z Internetu, to również tutaj powinien nastąpić podział. Jedną jedenastkę powinna stworzyć kapituła, a drugą – internauci.

A czego przede wszystkim nauczyła pana praca w piłce nożnej?

Liczyłem na to, że będzie to rywalizacja (sportowa – dop. red.). Opowiem to na przykładzie sędziowania, blisko którego kiedyś też byłem. Sam chciałem wielokrotnie wpłynąć na to, by zmieniano przepisy piłki nożnej chociażby na wzór piłki ręcznej, z którą też miałem swego czasu wiele wspólnego. Jednakże… kiedy nastała era „Fryzjera”, nauczyłem się czegoś. Tam, gdzie jest duży pieniądz, tam rodzi się ryzyko korupcji. Kiedy to wszystko się zaczęło w 2005 roku, po prowokacji pana Piotra Dziurowicza i po tym słynnym wywiadzie w „Gazecie Wyborczej” (link do wywiadu: TUTAJ) zaczął się dla mnie ciężki okres. Sam rozmawiałem z prokuraturą, wiedziałem, że będzie to trudny czas. Rafał Rostkowski namawiał mnie do tego, żeby zaangażować się w walkę z procederem korupcyjnym. Ja, trener - zostałem szefem kolegium sędziów, jako osoba spoza środowiska sędziowskiego. I miałem swoją wizję, jak sędziowanie powinno wyglądać. Miałem bezpośredni wpływ na to. Pilnowałem tego przez jeden sezon – 2005/2006. Często podkreślam w komentarzu, że z dzisiejszą wizją sędziowania się często nie zgadzam.

Żebym dobrze zrozumiał – nie spodziewał się pan, że rywalizacja w piłce nożnej może być aż tak nieczysta?

Tak.

Pytałem o to, czego pan się uczy. A czego stara się pan sam nauczać?

Również jest to wiele rzeczy. Skoro mówiliśmy o komentarzu sportowym, to do tej pory staram się edukować młodszych kolegów-dziennikarzy. Pamiętam spotkanie, na które byłem zaproszony, z prof. Jerzym Bralczykiem. Tam uczulano na stwierdzenia, które weszły już do języka codziennego, do żargonu komentatorskiego. „Bohater meczu” – to określenie przesadzone. Nie powinniśmy tego używać. Bohaterowie są na wojnie, nie ma ich na boiskach. Podobnie sprawa się ma z krótkimi słupkami i długimi słupkami. Przecież słupki są takiej samej długości…

Przypomniał mi się Michał Probierz – żartował kiedyś z jednego z reporterów, który mówił o długich piłkach. Zwrócił mu uwagę, że piłki są przecież okrągłe…

Dokładnie, nie ma długich piłek, są długie podania. W tym temacie zresztą przypomniała mi się historia jednego z trenerów w Śląsku Wrocław. Został wezwany przez generałów. Mówią mu: „Panie trenerze, nie ma w ogóle długich piłek!” A trener odpowiedział: „Widzicie, panowie, może najwyższa pora zamówić te długie piłki, wtedy będzie lepiej!” Na co dopowiada też drugi trener: „Ja się zgadzam, panie generale, również czekam, kiedy one przyjdą!”

Jest takie pytanie, które usłyszał pan od dziennikarza, a uznał je pan za najgłupsze, jakie pan usłyszał? Mam nadzieję, że nie usłyszał go dzisiaj…

Nie. Uważam, że nie powinniśmy sądzić w bezwzględny sposób. Nic dzisiaj nie jest bezwzględne.

Czego nam pan trener może życzyć na sam koniec? I czego życzyć panu?

Nam obu należy życzyć zdrowia. Należy życzyć tego, żeby dano nam popracować – tak, abyśmy mogli coś od siebie wnieść. Musimy się rozwijać, kraj się musi rozwijać. A poza tym mogę powiedzieć tyle – jesteśmy narodem, który walczy najczęściej sam z sobą. Widać to po wielu niezrozumiałych decyzjach. Chciałbym, żeby umieli się integrować – postrzegać tych zasad, których inni od nas wymagają w imię zjednoczenia.

***

Był taki czas, że nie było dnia bez pochwały dla trenera Andrzeja Strejlaua… oratorem jest jednak niezwykłym, przyznajmy to wprost.


Na start ekstraklasy trzeba będzie jeszcze trochę poczekać, więc warto sprawdzić kursy przygotowane przez sponsora kanału dla innych lig europejskich!

MATERIAŁY PROMOCYJNE PARTNERA | W grach hazardowych mogą uczestniczyć wyłącznie osoby, które ukończyły 18 lat. Udział w nielegalnych grach hazardowych jest przestępstwem.| Hazard może uzależniać. BEM to legalny bukmacher. Gra u nielegalnych grozi konsekwencjami prawnymi.
Komentarze0
Musisz być zalogowany aby dodawać komentarze.

Najczęściej czytane...

Video
34
17 Wrzesień 2017

Tete zgasił Neymara [VIDEO]

Video
1
11 Październik 2017

Lewy w parodii Jeden Osiem L - Jak Zapomnieć

Video
5
3 Październik 2017

Wojciech Szczęsny w roli dziennikarza! Mistrzowskie pytanie o Krychowiaka! xD [VIDEO]

Video
10
18 Wrzesień 2017

Neymar chce strzelać rzut karny, ale Cavani... [VIDEO]