Lut
25
2021
Skomentuj

Kurczę wciąż blade

To jest Tottenham

Zachwyty, upadki, wstrząsy i ponownie „odzyskiwany” szacunek za sportowe wyniki. Jak na jedną drużynę ostatnio całkiem sporo tego. Czy droga Tottenhamu na tle innych zespołów piłkarskich czymkolwiek się jednak wyróżnia? W teorii piłka nożna przed każdym stawia te same cele, różni się tylko tło. No i oczywiście warunki pracy. Charakteru jednak nie wykuwa się w eleganckich szkółkach, a talentu nie kupuje w pakiecie z pierwszym obuwiem sportowym.

Po tym nakreślającym filozoficznie istotę piłki wstępie chciałbym więc zadać pytanie, w jakim miejscu jest Tottenham i jaki jest cel obecnej drużyny. Pytanie, które Daniel Levy, obecny prezes klubu, usłyszał już w życiu kilka razy. I co kibic oglądający Tottenham głównie z poziomu kanapy może wiedzieć więcej? Trochę pomysłów można zebrać. Mam bardzo dużo szacunku do Levego, głównie dlatego, że jako kibic Tottenhamu absolutnie przekonuje mnie to, że facetowi zależy na klubie.

Druga rzecz, to droga, którą obrał, a która wymaga od niego, jak i całego społeczeństwa związanego z klubem, cierpliwości. Daniel Levy bowiem swój pomysł realizuje już kolejne dziesięciolecie i z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że wprowadzenie klubu na piłkarskie salony jest jego życiowym celem. Misją. Najważniejszym biznesem. Marzeniem. I stara się to wszystko pogodzić z oczekiwaniami kibiców, jak i swoimi. Stara się to pogodzić z modelem biznesowym zapewniającym finansową płynność i utrzymaniem setek ludzi pracujących w klubie. Między innymi stąd biorą się ostatnio problemy Tottenhamu w okienku transferowym. Nawet jeżeli jakiś znany i utalentowany piłkarz jest zainteresowany grą w Londynie, klub zatrudniając go nie może jednocześnie wpłynąć na obniżenie słupków wykresowych w planie budżetowym. Są też jednak i plusy. W trakcie kryzysu, z którym niewątpliwie mierzą się wszystkie kluby, Tottenham nie musi podejmować skrajnych decyzji. Jak np. zwolnienie klubowej maskotki. 

Ból zadany przez Mauricio Pochettino

W biznesie, poza nosem, trzeba też mieć szczęście. I te właśnie dopisało Levemu, gdy kilka lat temu zdecydował się zatrudnić Pochettino. Levy powiedział raz, że przejmując stery w klubie wie, iż przejął klub, który ma potencjał, by stać się wielkim. I tak po wielu latach realizowania swojego planu, ucząc się na błędach, prezesowi trafił się bardzo utalentowany, dopiero zyskujący szacunek na arenie międzynarodowej, Argentyńczyk. Byliśmy świadkami rzadkiego w futbolu zjawiska, gdzie właściciel klubu, wciąż budujący jego markę, spotyka na swojej drodze trenera, który rozumie i podziela jego idee. Pochettino niejednokrotnie podkreślał swój szacunek do Alexa Fergusona czy Arsene Wengera, wyraźnie odnosząc się do modelu tworzenia przez nich drużyny oraz wpływu na cały klub.

Trener nie był zainteresowany krótkofalowymi pomysłami. On też chciał coś zbudować i postawić na tym swoją pieczęć. I już w trakcie jego drugiego sezonu cała Anglia zaczęła rozumieć, że tak jak Harry Kane nie jest cudem jednego sezonu, tak Pochettino jest kimś, kto będzie potrafił odmienić Tottenham i wznieść go na wyższy poziom na „nieco dłuższy” okres czasu. Układ między trenerem a prezesem wyglądał bardzo obiecująco. Argentyńczyk w końcu miał warunki, o jakich marzył, a przez brak których nie został na dłużej w Espanyolu czy Southampton.

Tam, po serii niespodziewanie dobrych wyników, nikt nie miał pomysłu, co powinno się wydarzyć dalej. Pochettino nie zamierzał więc dodatkowo mierzyć się z trudnościami wynikającymi z braku zrozumienia w obu klubach. Po niespodziewanym utrzymaniu się w lidze w Espanyolu wciąż trwały zawirowania na najwyższych szczeblach i ciężko było powiedzieć, czy ktokolwiek ogarnia klub. W Southampton, z kolei, przyszedł sukces w postaci ósmego miejsca w tabeli, pięknego ofensywnego futbolu i kilku powołań do reprezentacji dla graczy „Świętych”. A po tym miała nastąpić wyprzedaż. Trener skorzystał więc z szansy, którą ofiarował mu los i wykorzystał zainteresowanie Tottenhamu. I chociaż kibice Southampton nie potrafili, przynajmniej nie od razu, zrozumieć powodów, którymi kierował się ich trener, Poch nie spalił tego mostu. Chociaż pracował gdzie indziej, pozostał w kontakcie z kilkoma zawodnikami, którzy dzięki niemu rozwinęli się przy St mary’s.

Minęło trochę czasu, zanim przy White Hart Lane zaczęto śpiewać o magii nowego trenera. Ten jednak na dobre zaczął nakręcać apetyty sympatykom Kogutów. Znakiem nowej ery stała się choćby regularna walka o grę w Lidze Mistrzów. W trakcie samych rozgrywek potrzebna była chwila, zanim Tottenham zasygnalizował, że nie będzie tu tylko przejazdem. Zanim przyszły zwycięskie boje z Realem Madryt, Borussią  Dortmund czy Manchesterem City, trzeba było zapłacić frycowe z Monaco czy Juventusem. W trakcie tych kilku lat skorzystali na tym wszyscy. Harry Kane urósł do miana jednej z największych klubowych legend, a Son Heung-min jednego z najlepszych transferów w historii klubu. Lista jest oczywiście dłuższa. Hugo Lloris, Dele Alli, Christian Eriksen czy Jan Vertonghen to tylko kilu piłkarzy, którzy w sowich biografiach śmiało mogliby napisać w superlatywach o okresie gry pod wodzą Pochettino w Tottenhamie. Powiecie, że nie było trofeów? Macie rację. Ale nikt nie powie, że na grze u Pochettino nie skorzystał.

No dobrze. „Poch” zbudował swoją markę i przyczynił się do podbudowania renomy klubu. Co się więc stało, że ich drogi się rozeszły? Czy było to wyczerpanie formuły? Levy i Poch prywatnie spędzali ze sobą wiele godzin, czy to na wycieczkach po Europie, kiedy to prezes zapraszał cały sztab szkoleniowy do jednej ze swoich posiadłości, czy podczas spotkań w Londynie, gdzie panowie spędzali wspólnie czas w rodzinnym gronie. Atmosfera zaczęła gęstnieć w momencie, gdy klub rósł, a punktem kulminacyjnym niewątpliwie był finał Ligi Mistrzów. Pomimo porażki, zdaje się, że wszyscy w klubie zrozumieli, że i tak na swój sposób dotarcie do tego szczebla rozgrywek już było sukcesem.  

Pochettino składał drużynę z tego, co miał. A chociaż posiadał kilku utalentowanych zawodników, trzeba pamiętać, że nie dysponował szczególnie długą ławką rezerwowych, co przy kilku kontuzjach stawiało przed nim duże wzywania. Trener stał się ofiarą własnego sukcesu, bowiem można było odnieść wrażenie, że wszyscy wokół nabrali przekonania, iż bez wzmacniania kadry, drużyna będzie wciąż w stanie rywalizować z najlepszymi. I tak przez kilka lat, gdy Levy liczył każdy funt przy budowie nowego stadionu, Pochettino musiał się zmagać z ograniczonymi zasobami w drużynie. A nikt rozsądny nie może przecież zakładać, że pierwsza jedenastka zagra w przynajmniej 90% wszystkich meczów w sezonie.

Daniel Levy powiedział, że decyzja o rozstaniu z Pochettino była jedną z najtrudniejszych w jego życiu. I nikt nie powinien mieć wątpliwości, że tak właśnie było. Uważam, że jest za wcześniej, by oceniać tą decyzję i dywagować, czy była ona słuszna. Nie wiem też, czy jest jakakolwiek ilość czasu, który musiałby upłynąć, by nabrać do tego odpowiedniej perspektywy. Pewne są jednak emocje z tym związane. Sympatycy Tottenhamu mogli przeżyć szok, mierząc się gdzieś z myślami, dlaczego „ich Ferguson” musiał odejść. Wszyscy zdają sobie sprawę, jak surowe w ocenie pracy trenera mamy obecnie czasy. Ilość dopuszczalnych błędów jest ograniczona, a za zasługi można co najwyżej dostać miłą opinię na Twitterze lub zaproszenie na obiad.

Tak więc po bolesnej porażce z Bayernem w Lidze Mistrzów w głowie Levego nastąpiła chłodna biznesowa kalkulacja i pożegnano Mauricio Pochettino.

No i przyszedł on. Jeden z dwóch

O decyzji zatrudnienia Joe Mourinho w Londynie było głośno przez kilka dni. Jeszcze w kategorii plotek media huczały o możliwości przejęcia Tottenhamu przez Portugalczyka, zanim stało się to faktem. Do klubu trafił w końcu trener, którego Levy umieścił w dwójce najlepszych na świecie. Ten drugi prowadził oczywiście Manchester City i był absolutnie poza zasięgiem.

I z miejsca rozpoczęły się dyskusje o preferowanym przez Mourinho stylu gry. Wszyscy mieli  niebawem spodziewać się diametralnej zmiany. Do klubu trafił niezwykle utalentowany, utytułowany i charyzmatyczny menadżer. W rozumieniu piłkarzy był to sygnał, iż klub się nie zatrzymuje, a walka o najwyższe cele trwa dalej. Gdzieś wokół tego trwały już jednak dyskusje, z których można wyciągnąć dwa główne punkty.

Po pierwsze, czy Mourinho się nie wypalił. Można było odnieść wrażenie, że szczyt kariery Mourinho ma za sobą. Wrażenie oczywiście opierało się na kilku połączonych ze sobą faktach. Po pierwsze za Portugalczykiem ciągnęła się ostatnio opinia błyskotliwego mówcy, który jednak nie potrafił się wybronić wynikami. I o ile każdy trener musi się mierzyć z opinią publiczną, o tyle Mourinho cały czas mierzył się dodatkowo ze swoją przeszłością, w której znalazłoby się kilka kontrowersji. Był więcej częściej, niż inni punktowani i ciężko było stwierdzić, czy broni jeszcze interesu drużyny, czy swojego.

Pod wodzą Pochettino Tottenham często oferował piękny, ofensywny futbol. Jak bardzo by nie chcieć odejść od stereotypów, można było założyć, iż w tym aspekcie w drużynie zajdą konkretne zmiany. Nowy trener potrzebował kilku miesięcy i możliwości ściągnięcia do klubu odpowiednich piłkarzy, by móc przygotować swoją maszynę. Nikt chyba nie miał wątpliwości natomiast, że jej najważniejszym ogniwem ma się stać Pierre-Emile Höjbjerg. Spoiwo, płuca, pracuś, którego Mourinho zawsze potrzebował w swojej drużynie.

Moim zdaniem nie należy dyskutować o tym, czy piłkarze przyjęli nowe nawyki i czy byli w stanie nauczyć się zupełnie innego podejścia do gry. Mówimy o światowym topie. Tu albo się dostosowujesz albo znaczy, że być może twoje miejsce jest półkę niżej. Ważna jest natomiast chemia i relacje, które Mourinho miał z piłkarzami. A te przeważnie były bardzo dobre. Można na przykład wspomnieć ogromny smutek niektórych piłkarzy Interu zaraz po tym, gdy trener ich pożegnał. Ale i tu zwróciłbym uwagę na nadrzędną zasadę. Najlepsi piłkarze cechują się inteligencją. Albo przynajmniej wysokim instynktem samozachowawczym. Wyjmując z tej reguły kilka wyjątków rysuje się schemat piłkarza, który rozumie, że jedynie ciężką pracą i zaangażowaniem w sprawy drużyny na 100% jest w stanie pozostać na najwyższym poziomie, przyczyniając się do lepszego funkcjonowania zespołu.

Tutaj sam miałem i wciąż mam jedną obawę. Czy sam Mourinho ma jeszcze ochotę angażować się całym sobą w relacje ze wszystkimi piłkarzami. Inteligencji Portugalczykowi nikt nigdy nie odbierze. Gdzieś jednak stawiałem sobie pytanie, czy można z siebie dawać 150% zawsze i wszędzie. Śledząc osiągnięcia Mourinho w poszczególnych klubach zwróciłbym uwagę na dwie rzeczy. Zawsze można było dostrzec styl gry drużyny. Szlif Mourinho. Oraz to, że trener miał za sobą wszystkich, mogąc odpowiednio nastawić swoją armię na każdego wroga. Oczywiście pojawiały się zgniłe jabłka, z którymi trener nie mógł lub nie potrafił pracować, co nie zawsze było jego winą. Tak więc czy po nieudanym powrocie do Chelsea, po kłótniach z Pogbą w Manchesterze, Mourinho postawił sobie za cel budowania wieloletniego projektu w Londynie, angażując się na wielu poziomach, jak robił to Pochettino? Można odnieść wrażenie, że nie. Mourinho został raczej zatrudniony w roli „zadaniowca”. Cel jest jasny. Dać klubowi trofeum.

Można by spisać słabe punkty takiego podejścia. Ale też w żaden sposób nie zamierzam teraz oceniać pracy trenera i wyników. Bez możliwości wglądu w codzienne funkcjonowanie szatni, próby odpowiedzenia na pytania związane z Mourinho w Tottenhamie trzeba po prostu szukać gdzie indziej.

„Is that really football Tottenham wants to play?”

Jeżeli ktoś miał okazję obejrzeć dokument Amazona „All lor nothing”, swoją drogą warto zaznaczyć, iż z fantastyczną narracją Toma Hardy’ego, mógł odnieść wrażenie, że powtarzane przez trenera teksty motywujące o odwadze, rodzinie i byciu tym niegrzecznym na boisku, dla niektórych piłkarzy w pewnym momencie mogą być jedynie powtarzanymi ciągle frazesami. Jest to jednak wycinek tego, co Mourinho mówi zawodnikom, a też przypominanie zawodnikom o maksymalnym zaangażowaniu na każdym poziomie meczu ma absolutnie sens. Co się więc dzieje, że drużyna, która przez kilka sezonów oferowała stabilność, kiedy to wpadki z każdym sezonem zdarzały się coraz rzadziej, nagle notuje kolejne serie rozczarowujących wyników, prezentując przy tym bardzo prymitywne rozwiązania w ofensywie?

Trzeba oczywiście rzetelnie prześledzić różne historie, które miały miejsce na przestrzeni kilku ostatnich sezonów. Znajdzie się kilka punktów, które niewątpliwie były małymi lub większymi wstrząsami dla piłkarzy, jak i klubu. Może się bowiem wydawać, że Tottenham to wciąż głównie ci sami piłkarze, co grali w klubie w 2015 roku. Prawie.

Christian Eriksen był jednym z absolutnie kluczowych piłkarzy Kogutów u Pochettino. Duńczyk był głównym kreatorem akcji i zawodnikiem bardzo często dającym z siebie coś ekstra, dzięki czemu drużyna punktowała. Jego odejście do Mediolanu nie tylko osłabiło sportowo drużynę, ale też poniekąd poddało w wątpliwość sportowy projekt, w którym uczestniczyli wszyscy piłkarze. Uważam, że tego pomocnika o walorach wybitnie ofensywnych Tottenhamowi jak na razie się nie udało zastąpić.

Przyszedł obiecujący Lo Celso, jednak Argentyńczyk wciąż zmaga się kontuzjami. Były zawodnik Betisu potrafi zrobić na boisku różnicę, ale brakuje tu konsekwencji. Przypomina to historię Erika Lameli, który od wielu sezonów jest jednym z częściej pojawiających się artykułach o Tottenhamie. Mieszane opinie o Argentyńczyku są niestety uzasadnione. Mamy przykład piłkarza, któremu bowiem zdrowie staje na przeszkodzie w byciu w czołówce we własnym klubie. Zawodnik posiada umiejętności, których nie ma zbyt wielu zawodników. Jego nietuzinkowość niejednokrotnie przynosiła wiele korzyści reszcie drużyny. Jednocześnie pojawiają się problemy ze zdrowiem czy zbyt ostra gra, żeby nie powiedzieć, że Lameli czasem zwyczajnie odcina prąd. Mówi się wiele o jego odejściu w najbliższym okienku transferowym. Pytanie, czy dla klubu byłaby to dobra decyzja. Bo o ile ciężko znaleźć będzie gracza oferującego taką mnogość rozwiązań w ofensywie, to być może lepiej będzie postawić na stabilność.

              Jose Mourinho chciał przed sezonem dostać środkowego obrońcę z prawdziwego zdarzenia. Nie dostał. Pociągnęło to łańcuch różnego rodzaju wydarzeń w trakcie trwającego właśnie sezonu. Ciężko powiedzieć, aby wśród sympatyków drużyny była jednomyślność, która para stoperów jest tą podstawową, bowiem każdy wariant zdążył już zawieźć. Eric Dier notuje obecnie najgorszą passę, mocno poddając w wątpliwość teorię, iż środek obrony jest jego wymarzonymi miejscem na boisku. Pytanie, czy są to przejściowe problemy, czy rzeczywiście brak pewnych cech. Teoretycznie najwięcej stabilności daje Toby Alderweireld, jednak odnoszę wrażenie, że niepewność partnerów z obrony wpływa ostatnio również na Belga. Niewątpliwym ciosem dla defensywy było odejście Jana Vertonghena, którego wiek skłonił do szukania stabilności poza Londynem. Dwóch wspomnianych Belgów przez kilka sezonów gwarantowała wysoką jakość w obronie. Odejście tego drugiego było bolesne dla drużyny nie tylko z powodu piłkarskich walorów Vertonghena, ale jego osobowości. Odszedł jeden z filarów drużyny.

„Ty jesteś leniwy. Utalentowany, ale podobno leniwy”. Słowa Mourinho padające w stronę Dele Aliiego w dokumencie zrealizowanym przez Amazona odkrywają jedną z największych bolączek drużyny. Mówimy o zawodniku, do którego fani Tottenhamu słusznie mają prawo wzdychać, ubolewając jednocześnie, iż Anglik obecnie nie prezentuje najwyższej formy. Bardzo ciężko jest określić prawdziwy problem Aliiego albo wręcz przeciwnie, bardzo łatwo.

Pomocnikowi Tottenhamu podobno brakuje obecnie odpowiedniego zaangażowania, co właśnie przeszkadza trenerowi. Jednocześnie, słuchając samego zawodnika, ciężko odnieść wrażenie, że dobro drużyny nie leży mu na sercu. Dele Alli raczej nie wie, jak wrócić na odpowiednie tory. Ciężko utrzymać najwyższy poziom przez wiele lat, szczególnie, gdy wskoczyło się na niego w bardzo młodym wieku. Pytanie czy u młodego gwiazdora z Londynu piłka jest priorytetem. Historie z mediów społecznościowych kierują raczej ku tezie, iż Anglik zbyt często przebywa w towarzystwie ciągnącym go w odwrotnym kierunku.

Cytując klasyka, to czy Anglikowi przeskoczy coś w głowie, wciąż wydaje się być jedną z najważniejszych kwestii, nad którą powinien pochylić się Mourinho. Talent, kreatywność, indywidualne statystyki – to wszystko niewątpliwie przemawia za graczem. A sam Portugalczyk nie musiałby szukać rozwiązań na rynku transferowym. Łatwo jednak powiedzieć.

Jose Mourinho wciąż ustawia klocki, próbując wyciągnąć maksimum ze swojej drużyny. Po obiecującym okienku transferowym i początku sezonu można było odnieść wrażenie, że wiele rzeczy zagrało po myśli trenera. Co było do przewidzenia, zaczęły się pojawiać problemy, jednak nie wszystkie przecież były winą Portugalczyka. Niefrasobliwość w obronie, niewykorzystywanie stuprocentowych sytuacji, indywidualne problemy poszczególnych zawodników. Do tego grona nie należy moim zdaniem przypisywać kontuzji. Z tymi zmaga się przecież każda klasowa drużyna, a Tottenham w tym sezonie nie należy do grona szczególnie pokrzywdzonych. Nie, przynajmniej, gdy spojrzymy na całą kadrę i jej możliwości.

Wydaje się, że nieobecność Kane’a nie powinna być też wytłumaczeniem dla braku jakiejkolwiek innej sensownej koncepcji w ofensywie. A tak to wygląda, gdy reprezentanta Anglii brakuje na boisku. Po kilku miesiącach staje się też jasne, że Gareth Bale, poza ożywieniem mediów społecznościowych, nieszczególnie ożywi grę Tottenhamu i po sezonie wróci do Madrytu. Czy w takim razie może jednak Tottenham nie dysponuje drużyną o najwyższej jakości zarówno w pierwszym składzie, jak i ławce rezerwowych? Ciężko się zgodzić, jeżeli skonfrontujemy to z wynikami osiąganymi pod wodzą poprzedniego trenera.

I tu dochodzimy do podsumowania, w którym postawię kilka pytań bez odpowiedzi. Czy Mourinho ma problem z wyciągnięciem pełnego potencjału z zawodników? Czy defensywny styl preferowany przez trenera nie blokuje mimo wszystko korzystniejszych rozwiązań taktycznych, w których zawodnicy czuliby się o wiele lepiej, tym samym byliby w stanie osiągać lepsze wyniki? Czy możliwe jest, aby na tym poziomie zawodnicy popełniali nagle tak dużo błędów indywidualnych w obronie, w momencie gdy trenuje ich trener słynący z wygrywania meczów i trofeów głównie obroną? Czy w takim razie dobrana tu taktyka nie wymaga korekty, jeżeli dotychczasowe statystyki jednoznacznie pokazują, że blisko 90% goli traconych prze Tottenham to wynik stałych fragmentów gry dla rywala i indywidualnych błędów? To przecież brzmi wręcz niewiarygodnie.

Kusi, by z miejsca odpowiedzieć po prostu Tak. W obecnej chwili Koguty wydają się pędzić ku przepaści. Ilość problemów do rozwiązania zaczyna się mnożyć. May do czynienia z zupełnie inną drużyną, niż mieliśmy jeszcze w listopadzie. Obecne wyniki poddają w wątpliwość, iż Mourinho udało się stworzyć wystarczająco mocne podwaliny, skoro wszystko sypie się obecnie niczym domek z kart. I tu przechodzimy do sedna. Czy Portugalczyk, jako trener mający zagwarantować Levemu i całej społeczności Tottenhamu upragnione trofeum, nawet jeśli je zdobędzie, czy i tak nie pożegna się za moment z klubem.

Drużyna zdążyła już odpaść z Pucharu Anglii, a o jej szansach na mistrzostwo nie ma co wspominać nawet w kontekście matematyki. W kwietniu Tottenham czeka finał Pucharu Ligi, czyli pierwsze, możliwe trofeum. Zapewne dla władz klubu absolutne minimum Trzeba też mieć na uwadze, iż rywala Koguty będą w finale miały najmocniejszego z możliwych. Zostaje Puchar Europy. Dla Tottenhamu byłoby to wspaniałe trofeum, które jednocześnie zapewniłoby drużynie awans do Ligi Mistrzów. Bo jeżeli mówimy o celach w samej lidze, to w klubie jasne jest dla wszystkich, że o czwarte miejsce walka musi i będzie trwać do końca.

Bardzo bym chciał, aby Daniel Levy nie odczuł zbyt szybko skutków decyzji o zwolnieniu Pochettino. Aby zbudować coś w piłce nożnej, czasem trzeba dużo cierpliwości. Moim zdaniem Argentyńczyk zasłużył sobie na to, by pozwolić mu kontynuować pracę. Teraz nie ma to jednak znaczenia, bowiem drużyna ma nowego trenera, który musi coś udowodnić.

Jako sympatyk Kogutów napiszę krótko, iż życzę Mourinho jak najlepiej w Tottenhamie. Jest to dość oczywiste dla mnie podejście, by nie rzucać się z nożami, czy też zbyt oczywistymi wnioskami po kolejnych porażkach. Jednocześnie nie jestem w stanie znieść obranego przez Mourinho stylu. Przyznaję, że od początku przygody tego trenera w Londynie byłem ciekawy, czy ten związek w ogóle wypali. O wiele mniej wątpliwości miałem, jeżeli chodzi o styl gry drużyny. I nic nie poradzę na to, że Pochettino zawiesił wysoko poprzeczkę. Nie o to z resztą chodzi. Uważam, że długie fragmenty gry Tottenhamu zwyczajnie nie pasują do drużyny, której ambicje sięgają o wiele wyżej. Oddanie inicjatywy, które często można zaobserwować w meczach, momentami przypomina rozpaczliwą obronę w stylu drużyn, dla których w Premier League nie ma miejsca. Niektóre z drużyn rzeczywiście grających o utrzymanie, robi to z resztą w bardziej składny sposób, posiadając przy tym gorszych jakościowo wykonawców. 

Oglądając Tottenham narasta we mnie silniejsze z każdym dniem wrażenie, że drogi trenera i drużyny coraz bardziej prowadzą w innym kierunku. I nie z tego względu, że nie wierzę, że Mourinho mógłby osiągnąć z Tottenhamem wyższy poziom. Raczej z tego, że może być mu to nie dane, jeżeli Daniel Levy będzie się przy swoich decyzjach kierował podobną logiką, jak przy zwolnieniu poprzedniego trenera. Czy możliwe jest, by prezes klubu zmienił podejście, a nawet jeśli, to uznał wówczas, że to akurat Mourinho będzie jego trenerem na lata? Wątpliwe.

W całej tej historii osobiście żałowałbym, gdyby zawodnicy pokroju Llorisa, Kane’a czy Sona nie wygrali z Tottenhamem liczącego się trofeum. Totki przypominają obecnie nieśmiałego chłopaka, który na ostatniej prostej odwraca się i ostatecznie nie zagaduje do podobającej mu się dziewczyny. Klub od lat dba o finanse, wybudował jeden z najwspanialszych stadionów w Europie, posiada w swoich szeregach kilku wybitnych piłkarzy, a wciąż nie może odkleić od siebie pewnej niechlubnej łatki. Może to przez sympatie, ale jednak. Bolesna jest przede wszystkim świadomość niewykorzystanego potencjału. Bardzo możliwe, że Mourinho jest tylko kolejnym etapem w próbie wniesienia klubu na europejski top. Pytanie czy Tottenham zostanie w tej czołówce z nim, czy z kimś innym wydaje się naiwne. Bardzo bym nie chciał tylko, aby przez kolejne lata cała społeczność Tottenhamu jedyne, co miała, to piękne wspomnienia z okresu trenowania Kogutów przez Mauricio Pochettino. Mało kto jak Tottenham zasługuje na to, by odświeżyć klubową gablotę. Gorzej, że w sporcie nie przyznaje się medali za zasługi.     

AUTOR: Łukasz Wojnowski (twitter)

Komentarze0
Musisz być zalogowany aby dodawać komentarze.

Najczęściej czytane...

Video
34
17 Wrzesień 2017

Tete zgasił Neymara [VIDEO]

Video
1
11 Październik 2017

Lewy w parodii Jeden Osiem L - Jak Zapomnieć

Video
5
3 Październik 2017

Wojciech Szczęsny w roli dziennikarza! Mistrzowskie pytanie o Krychowiaka! xD [VIDEO]

Video
10
18 Wrzesień 2017

Neymar chce strzelać rzut karny, ale Cavani... [VIDEO]