
Valverde, Trener przez duże T
Kiedy latem 2017 roku, ówczesny trener Barcelony, Luis Enrique ogłosił że opuszcza klub, moje małe, czerwono-niebieskie serduszko pękło. Trener którego postawiłem na złotym piedestale, który powtórzył wyczyn Guardioli zdobywając potrójną koronę w swoim pierwszym sezonie jako trener Blaugrana, teraz mi mówi prosto w twarz że sobie odchodzi.
Jako kibic, który jest z FC Barceloną od niespełna dwóch dekad ta informacja była dla mnie nie do zaakceptowania. Niestety niewiele miałem w tej kwestii do powiedzenia i kiedy media prześcigały się w typowaniu nowego trenera wicemistrza Hiszpanii, ja leżąc w swoim łóżku niczym znany z memów Volverine gładziłem dłonią zdjęcie Enrique opatrzone w ramkę. Tak naprawdę to nie.
Tak naprawdę to nie obchodziło mnie kto zostanie nowym trenerem. W głowie miałem jedynie myśl: Byle nie zaszkodził drużynie jak swego czasu Tata Martino. Odczekałem cierpliwie te kilka tygodni do oficjalnego ogłoszenia sympatycznego trenera o sympatycznym nazwisku, prowadzący dotychczas sympatyczny klub Athletic Bilbao. Powiem szczerze, nie dawałem mu absolutnie żadnych szans na powodzenie w tej misji, nie wiem dlaczego, po prostu nie i koniec. To się nie uda. Moją słodko-gorzką satysfakcję potwierdził tylko dwumecz z Realem Madryt w Superpucharze Hiszpanii. Serio? Na tyle było cię stać? Byłem wkurzony, że ktoś w tak brutalny sposób bawi się z moim klubem.
W końcu nadszedł początek sezonu, pierwsze spotkanie z Realem Betis zakończony wynikiem 2:0. Potem następny, 2:0. Kolejny, La Manita w derbach Barcelony. I tak dalej...i tak dalej...i 3:0 na Bernabeu...i tak dalej. W ciągu kilku miesięcy moje postrzeganie tego człowieka zmieniło się o 180 stopni. To była moja Barcelona, mój klub który nabrał niesamowitych obrotów. Może Barcelona Valverde nie jest spektakularna w oglądaniu, może brakuje w niej wybuchów i fajerwerków, może nie ma w niej tak znienawidzonej przez Guardiolę Tiki-taki, ale jest wynik i jest kolektyw. Tą Barceloną znów chce się żyć. Na plus są też decyzje o szybkich zmianach, koniec z czekaniem do 70 minuty, minęło ich 50 a to najwyższy czas zacząć pracować nad poprawą wyniku. Wspomnieć można o pojedynczych zawodnikach. To co wyprawia Messi to jak wiadomo, kosmos, rzeź niewiniątek, jakkolwiek by tego nie nazwać. Ale jest jeden grajek podobnej postury, który w tym sezonie gra coś niesamowitego. Jordi Alba, bo o nim mowa, zasłużył obecnie na miano najlepszego lewego skrzydłowego obrońcy na świecie. Właściwie to ciężko go nazwać obrońcą. Hiszpan szaleje na całej lewej stronie boiska. Od pola karnego do pola karnego przez 90 minut. Nie mam pojęcia ile razy w ciągu meczu widziałem to już jego charakterystyczne wbiegnięcie lewą stroną w pole karne i odegranie płaskiej piłki za plecy obrońców do Messiego. Mówię tu o Messim, albowiem pięć z sześciu asyst Jordiego zamienił na bramkę właśnie Lio. Na prawdę ciężko jest mi się tu nie rozdrabniać na pojedyncze atomy. Na szczególną pochwałę zasługuje również Samuel Umtiti, który odważę się powiedzieć, jest szefem linii obrony Barcelony. Jest fantastyczny Marc-Andre Ter Stegen w bramce, jest świetny Sergi Roberto, jest Andres Iniesta przeżywający drugą młodość, jest Paulinho, świeżo oszlifowany diament, jest Suarez który bije rekordy (do dzisiaj czytam komentarze pod jego bramkami „Suarez wrócił”). No na chwilę obecną nie ma w tej drużynie nikogo, do kogo mógłbym się przyczepić. A to wszystko właśnie za sprawą Ernesto Valverde.
I tak oto trener na którym jeszcze kilka miesięcy temu wieszałem psy razem z budą, posklejał moje małe, czerwono-niebieskie serduszko do kupy, zaliczył rekordowy „start” Barcelony w historii La Liga i z pełnym sumieniem mogę i ja stawiać mu piedestał.
Ja wiem że sezon jeszcze długi, że Liga Mistrzów, że to, że tamto, ale ludzie, dajcie się tym nacieszyć.