
Smutne miny kibiców na Goodison Park, czyli mecz Everton vs Newcastle United w skrócie
To spotkanie miało wyraźnego faworyta i był nim Everton, który przed tym meczem zajmował szóstą pozycję w ligowej tabeli. Dzisiejszego rywala ekipa z Goodison Park zdystansowała na odległość 10 punktów. Newcastle United utrzymuje się nad strefą spadkową, jednak w każdej chwili może znaleźć się na dnie. Zatem o odpowiednią motywację swoich zawodników przed tym spotkaniem, Rafa Benitez nie musiał się specjalnie troszczyć. Każdy punkt jest dla nich w tej sytuacji na wagę złota.
Składy:
- Everton: Pickford- Digne, Mina, Zouma, Coleman- Gomes, Gueye, Richarlison, Sigurdsson (70' Walcott), Lookman (79' Calvert-Lewin)- Tosun (69' Bernard)
- Newcastle United: Dubravka- Manquillo, Schär, Fernandez, Lascelles, Yedlin- Atsu, Diame, Ki, Murphy (64' Perez)- Rondon (74' Joselu)
Od pierwszych minut piłkarze obu zespołów ruszyli do zmasowanych ataków. Wszystkie oddane strzały nie przyniosły jednak rezultatu w postaci zdobytej bramki. Takowy miał miejsce w 19. minucie, kiedy to Salomon Rondon pokonał bramkarza gospodarzy. Była to doskonale przeprowadzona kontra przez podopiecznych Beniteza. Jacob Murphy posłał dośrodkowanie w pole karne, a napastnik Newcastle potężnym uderzeniem nie dał szans na interwencję Jordanowi Pickfordowi. Mieliśmy zatem dość nieoczekiwany początek tego meczu.
Zawodnicy Evertonu zostali podrażnieni i naciskali na przyjezdnych. Odzwierciedlenie tego obrazu mieliśmy w statystykach, gdzie "The Toffees" wypracowali trzykrotnie większe posiadanie piłki. Nie przynosiło to jednak oczekiwanych rezultatów, aż do 38 minuty. Wtedy to Richarlison wykorzystał zamieszanie w polu karnym rywala i z okolicy piątego metra uderzył nad bramkarzem. Było to trafienie dość przypadkowe, jednak jak najbardziej zasłużone z przebiegu spotkania. W końcówce uaktywnił się Cenk Tosun- napastnik Evertonu, który próbował w każdy możliwy sposób wpakować piłkę do bramki gości. Niezawodny Martin Dubravka wykazywał się natomiast fantastycznym refleksem i piłka ostatecznie nie znalazła się w siatce. Do przerwy mieliśmy 1:1.
W drugiej połowie obraz gry nie uległ zmianie. To piłkarze z Liverpoolu dłużej utrzymywali się przy piłce i starali się konstruować akcje w ataku pozycyjnym. Goście musieli cierpliwie czekać na okazję do kontry, co już raz im się dzisiaj opłaciło. Gracze Evertonu wzięli chyba sobie za cel przed dzisiejszym meczem, aby wykręcić rekordowy czas z piłką przy nodze w całym sezonie. Na siłę wymieniali niezliczone ilości podań, w żaden sposób nie zagrażając bramkarzowi Newcastle. Szkoleniowiec gospodarzy również nie mógł na to patrzeć i chciał ukrócić męczarnie kibiców, dokonując zmian w ofensywie. Na boisku pojawili się Walcott oraz Bernard, który miał wprowadzić odrobinę brazylijskiej magii. Niestety na murawie nie zrobiło się magicznie i wciąż było ponuro, jak zresztą od początku drugiej połowy.
Doliczone pięć minut nie przyniosło zmiany rezultatu. W tej sytuacji szczególnie zdziwiła mnie postawa piłkarzy Evertonu, którzy rywalizowali ze słabszym od siebie rywalem, a tak naprawdę oprócz kilku sytuacji, nie potrafili stworzyć zagrożenia pod bramką Martina Dubravka. Wymieniali jedynie piłkę między sobą, usypiając tym samym kibiców na stadionie. Z tego wyniku zdecydowanie bardziej zadowoleni mogą być goście, bowiem wywieźli oni punkt z trudnego terenu, co może okazać się kluczowe w walce o utrzymanie.